02.03.2024, 11:22 ✶
Brenna miała większą wiedzę niż Sam, problem polegał na tym, że nie zmieniało to faktu, że jej doświadczenia oscylowały gdzieś na poziomie dna morskiego.
Po prostu te Samuela leżały na dnie rowu Mariańskiego.
W efekcie więc niby mogła mu poradzić, ale z dużym prawdopodobieństwem niekoniecznie miały to być dobre rady. I Brenna nawet zdawała sobie z tego sprawę. Zwłaszcza że – mimo tej swojej nikłej wiedzy – przeczuwała, że największym problemem nie jest tutaj to, co czuje Sam ani to, co mogłaby czuć Nora, a raczej to, co zrobi ponurooka McGongall, tak bardzo zazdrosna o swojego syna, że uwięziła go w ramach ciasnego światka.
– Spokojnie Sam, nie pójdę jej spytać „czy lubisz Sama” – zapewniła Brenna łagodnie i bardzo podstępnie, bo to przecież nie oznaczało, że nie może wspomnieć o Samuelu w zupełnie innym kontekście i poobserwować reakcji. Nora nigdy nie była dobrą aktorką, a Brenna jak na Gryfonkę zaczynała być straszliwą manipulantką. – To bardzo miło z jej strony. Jeśli chcesz, też mogę ci coś pożyczyć – powiedziała, uśmiechając się lekko. Książki chętnie mu przynosiła, ale rzadko zostawiała na dłużej – nie dlatego, że było jej ich żal, a z pewnej obawy, że nie zdołałby ukryć ich przed wzrokiem matki.
– Możesz na przykład ją przeczytać – zasugerowała, bardzo starając się zachować powagę, bo dla Sama, który nie skończył jeszcze szesnastu lat i nigdy nie rozmawiał dłużej z żadną dziewczynką poza nią i Norą, to była przecież poważna kwestia. – I to bzdura, że nic nie masz, prezent wcale nie musi być kupiony, jeżeli chcesz jej coś dać, zerwij dla niej kwiaty. Nora lubi kwiaty. Albo wyrzeźb dla niej figurkę, kotka najlepiej: Figgowie bardzo lubią koty.
Zresztą, Sam przecież musiał poznać Salema, który towarzyszył Norze już od kilku lat.
Chwilę później jednak nawet to lekkie podejście Brenny zostało wystawione na próbę. Szarpnęła kosmyk ciemnych włosów, bo na moment zamówiła – a zdarzało się jej to rzadko.
– Ona ma szesnaście lat! – obruszyła się, chociaż zaraz uświadomiła sobie, że trochę za bardzo podnosi głos. I że to szesnaście lat niekoniecznie wiele znaczy, ale Nora… Nora po prostu była odrobinkę za niewinna. – To znaczy… myślę, że nie będzie chciała… na pewno jeszcze nie teraz – zaplątała się trochę Brenna, z trudem powstrzymując tym razem nie uśmiech, a zrobienie miny bardzo nieszczęśliwej. – Przecież jeszcze nawet żadne z was nie powiedziało drugiemu, że je lubi.
Nie to, że to było niezbędne, ale Brenna sądziła, że w przypadku Nory raczej było warunkiem koniecznym.
Po prostu te Samuela leżały na dnie rowu Mariańskiego.
W efekcie więc niby mogła mu poradzić, ale z dużym prawdopodobieństwem niekoniecznie miały to być dobre rady. I Brenna nawet zdawała sobie z tego sprawę. Zwłaszcza że – mimo tej swojej nikłej wiedzy – przeczuwała, że największym problemem nie jest tutaj to, co czuje Sam ani to, co mogłaby czuć Nora, a raczej to, co zrobi ponurooka McGongall, tak bardzo zazdrosna o swojego syna, że uwięziła go w ramach ciasnego światka.
– Spokojnie Sam, nie pójdę jej spytać „czy lubisz Sama” – zapewniła Brenna łagodnie i bardzo podstępnie, bo to przecież nie oznaczało, że nie może wspomnieć o Samuelu w zupełnie innym kontekście i poobserwować reakcji. Nora nigdy nie była dobrą aktorką, a Brenna jak na Gryfonkę zaczynała być straszliwą manipulantką. – To bardzo miło z jej strony. Jeśli chcesz, też mogę ci coś pożyczyć – powiedziała, uśmiechając się lekko. Książki chętnie mu przynosiła, ale rzadko zostawiała na dłużej – nie dlatego, że było jej ich żal, a z pewnej obawy, że nie zdołałby ukryć ich przed wzrokiem matki.
– Możesz na przykład ją przeczytać – zasugerowała, bardzo starając się zachować powagę, bo dla Sama, który nie skończył jeszcze szesnastu lat i nigdy nie rozmawiał dłużej z żadną dziewczynką poza nią i Norą, to była przecież poważna kwestia. – I to bzdura, że nic nie masz, prezent wcale nie musi być kupiony, jeżeli chcesz jej coś dać, zerwij dla niej kwiaty. Nora lubi kwiaty. Albo wyrzeźb dla niej figurkę, kotka najlepiej: Figgowie bardzo lubią koty.
Zresztą, Sam przecież musiał poznać Salema, który towarzyszył Norze już od kilku lat.
Chwilę później jednak nawet to lekkie podejście Brenny zostało wystawione na próbę. Szarpnęła kosmyk ciemnych włosów, bo na moment zamówiła – a zdarzało się jej to rzadko.
– Ona ma szesnaście lat! – obruszyła się, chociaż zaraz uświadomiła sobie, że trochę za bardzo podnosi głos. I że to szesnaście lat niekoniecznie wiele znaczy, ale Nora… Nora po prostu była odrobinkę za niewinna. – To znaczy… myślę, że nie będzie chciała… na pewno jeszcze nie teraz – zaplątała się trochę Brenna, z trudem powstrzymując tym razem nie uśmiech, a zrobienie miny bardzo nieszczęśliwej. – Przecież jeszcze nawet żadne z was nie powiedziało drugiemu, że je lubi.
Nie to, że to było niezbędne, ale Brenna sądziła, że w przypadku Nory raczej było warunkiem koniecznym.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.