02.03.2024, 13:52 ✶
Nadzieja była bardzo zabawną rzeczą. Podobno istniała tak długo, jak istniało życie. I zarazem była matką głupców.
Brenna wciąż tej nadziei się chwytała. Gdyby pozwoliła jej zniknąć, co innego by pozostało? Ale ta nadzieja przybladła po Beltane – gdzieś pośród tych chwil, gdy obejmowała półżywą Heather, kiedy klęczała przed duchem chłopca, gdy klęczała na trawie w Kniei w kręgu widmowidza, spoglądając na to, jak mordowano Derwina Longbottoma. Uciekała z kolejnymi tygodniami, kiedy nic nie było tak, jak powinno, kiedy wciąż zdawało się jej, że robi nie dość, za mało, i że nie jest w stanie już zapanować nawet na własnym życiem.
Mimo to próbowała po prostu robić tylko jeszcze więcej, bo gdyby przyznała, że zaczyna widzieć szarość tam, gdzie wcześniej były czerwień odwagi i zieleń nadziei, ta szarość jeszcze mocniej spowiłaby innych.
– Równość to mrzonka. Ale być może pewnego dnia nikomu nie będzie groziło niebezpieczeństwo tylko dlatego, że w jego żyłach płynie nie taka krew. I dobrze, że masz tę nadzieję – stwierdziła więc tylko, posyłając Pandorze Prewett uśmiech.
*
– Daj spokój, to żaden problem. Może uda nam się dopasować grafiki na kolejną lekcję, to wtedy pokażę ci podstawy z szablą. A kanapki są boskie i bez sosu – zapewniła Brenna, wpychając własną do ust i milknąc akurat na czas potrzebny na jej przegryzienie. Longbottom nie była jakoś szczególnie wybredna, lubiła mięso, lubiła warzywa, lubiła owoce, a i prawdopodobnie zjadłaby bez mrugnięcia okiem i choć słowa narzekania nawet chleb z masłem (chociaż byłoby miło, gdyby wtedy dostać do niego odrobinkę soli). Po prostu lubiła jeść, co mogło mieć związek i z jej aktywnością, i szybką przemianą materii sprawiającą, że nawet eliksirów Brenna potrzebowała zazwyczaj dwie dawki.
Przegryzała nieco dłużej niż by trzeba było, a potem położyła się po prostu wprost na trawie, spoglądając na niebo. Uniosła dłoń, by przez palce spojrzeć na słońce.
– Wiesz, zależy kogo spytać – stwierdziła z pewnym zamyśleniem. – Jakbym miała w tej chwili na sobie mundur, powiedziałabym, że to absolutnie niewskazane, bo trzeba to zostawić profesjonalistom i takie tam… ale że nie mam munduru powiem, że czasem ci profesjonaliści mogą mieć dwóch panów i jeden z tych panów ma niezdrową obsesję na punkcie czerni oraz węży. I że zasadniczo nikt za bardzo nie może komuś zabronić na przykład pilnować kogoś, kto może stać się obiektem ataku, jeżeli Ministerstwo uznaje ryzyko za zbyt małe. Albo… przygotować jakieś pułapki i zabezpieczenia dla kogoś takiego za darmo, prawda? – zapytała, dość oględnie.
To nie tak, że nie ufała Pandorze, ale… nie, inaczej: Brenna nie ufała już chyba niemal nikomu. Jeżeli komuś, to pewnie Vincentowi, który o Zakonie jeszcze nie wiedział głównie dlatego, że nie pytał. Do pewnego stopnia Erikowi i Mavelle, ale i tu o wielu rzeczach milczała, ze względu na nich. Raczej nie tak, że podejrzewałaby Pandorę o autentyczną współpracę z drugą stroną. Musiała jednak byś ostrożna, bo odpowiadała nie tylko za swoje życie, a kiedy należysz do nielegalnej, podziemnej organizacji, to rekrutacji dokonujesz ostrożnie, nie ujawniając od razu wszystkich kart.
– Pytanie, czy to naprawdę cię interesuje? – spytała, unosząc się lekko na łokciach i przenosząc spojrzenie z nieba na Pandorę, śliczną dziewczynę o egzotycznej urodzie, która powinna podróżować, śmiać się i spotykać ze swoim wikingiem, a nie wchodzić w świat półcieni i wyborów trudnych moralnie. – Pomijając już czas i tak dalej… Takie rzeczy zawsze oznaczają ryzyko. Ta druga strona nie wybacza. A poza tym w imię większego dobra czasem miesza się w sprawy paskudne.
Brenna wciąż tej nadziei się chwytała. Gdyby pozwoliła jej zniknąć, co innego by pozostało? Ale ta nadzieja przybladła po Beltane – gdzieś pośród tych chwil, gdy obejmowała półżywą Heather, kiedy klęczała przed duchem chłopca, gdy klęczała na trawie w Kniei w kręgu widmowidza, spoglądając na to, jak mordowano Derwina Longbottoma. Uciekała z kolejnymi tygodniami, kiedy nic nie było tak, jak powinno, kiedy wciąż zdawało się jej, że robi nie dość, za mało, i że nie jest w stanie już zapanować nawet na własnym życiem.
Mimo to próbowała po prostu robić tylko jeszcze więcej, bo gdyby przyznała, że zaczyna widzieć szarość tam, gdzie wcześniej były czerwień odwagi i zieleń nadziei, ta szarość jeszcze mocniej spowiłaby innych.
– Równość to mrzonka. Ale być może pewnego dnia nikomu nie będzie groziło niebezpieczeństwo tylko dlatego, że w jego żyłach płynie nie taka krew. I dobrze, że masz tę nadzieję – stwierdziła więc tylko, posyłając Pandorze Prewett uśmiech.
*
– Daj spokój, to żaden problem. Może uda nam się dopasować grafiki na kolejną lekcję, to wtedy pokażę ci podstawy z szablą. A kanapki są boskie i bez sosu – zapewniła Brenna, wpychając własną do ust i milknąc akurat na czas potrzebny na jej przegryzienie. Longbottom nie była jakoś szczególnie wybredna, lubiła mięso, lubiła warzywa, lubiła owoce, a i prawdopodobnie zjadłaby bez mrugnięcia okiem i choć słowa narzekania nawet chleb z masłem (chociaż byłoby miło, gdyby wtedy dostać do niego odrobinkę soli). Po prostu lubiła jeść, co mogło mieć związek i z jej aktywnością, i szybką przemianą materii sprawiającą, że nawet eliksirów Brenna potrzebowała zazwyczaj dwie dawki.
Przegryzała nieco dłużej niż by trzeba było, a potem położyła się po prostu wprost na trawie, spoglądając na niebo. Uniosła dłoń, by przez palce spojrzeć na słońce.
– Wiesz, zależy kogo spytać – stwierdziła z pewnym zamyśleniem. – Jakbym miała w tej chwili na sobie mundur, powiedziałabym, że to absolutnie niewskazane, bo trzeba to zostawić profesjonalistom i takie tam… ale że nie mam munduru powiem, że czasem ci profesjonaliści mogą mieć dwóch panów i jeden z tych panów ma niezdrową obsesję na punkcie czerni oraz węży. I że zasadniczo nikt za bardzo nie może komuś zabronić na przykład pilnować kogoś, kto może stać się obiektem ataku, jeżeli Ministerstwo uznaje ryzyko za zbyt małe. Albo… przygotować jakieś pułapki i zabezpieczenia dla kogoś takiego za darmo, prawda? – zapytała, dość oględnie.
To nie tak, że nie ufała Pandorze, ale… nie, inaczej: Brenna nie ufała już chyba niemal nikomu. Jeżeli komuś, to pewnie Vincentowi, który o Zakonie jeszcze nie wiedział głównie dlatego, że nie pytał. Do pewnego stopnia Erikowi i Mavelle, ale i tu o wielu rzeczach milczała, ze względu na nich. Raczej nie tak, że podejrzewałaby Pandorę o autentyczną współpracę z drugą stroną. Musiała jednak byś ostrożna, bo odpowiadała nie tylko za swoje życie, a kiedy należysz do nielegalnej, podziemnej organizacji, to rekrutacji dokonujesz ostrożnie, nie ujawniając od razu wszystkich kart.
– Pytanie, czy to naprawdę cię interesuje? – spytała, unosząc się lekko na łokciach i przenosząc spojrzenie z nieba na Pandorę, śliczną dziewczynę o egzotycznej urodzie, która powinna podróżować, śmiać się i spotykać ze swoim wikingiem, a nie wchodzić w świat półcieni i wyborów trudnych moralnie. – Pomijając już czas i tak dalej… Takie rzeczy zawsze oznaczają ryzyko. Ta druga strona nie wybacza. A poza tym w imię większego dobra czasem miesza się w sprawy paskudne.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.