Jonathan normalnie byłby bardzo żywy w tym momencie i śmieszkował wokół tego, co właśnie zobaczyli. Ale z jakiegoś powodu wyglądał na zgaszonego. Zaczął czuć się nieswojo w momencie, w którym poczuł oddech Geraldine na swojej szyi. Z jakiegoś powodu przypomniało mu to o ich relacjach po Beltane. Na dobrą sprawę, nie mieli okazję zakończyć tego wątku. W którymś momencie po prostu obydwoje zachowywali się, jak gdyby nic się nie stało... Chociaż to zbyt duże słowa na kilka tygodni bez jakiegokolwiek kontaktu. Giovanni wysłał jakieś tam listy Geraldine w międzyczasie, ale Jonathan nie poczuwał się do tego. Chociaż nigdy dużo nie wysyłał, co jakiś czas prosił Gio o zostawienie mu kolejnego listu, żeby móc coś dopisać.
Gdy Geraldine wyciągnęła papierosy, skierował w jej stronę rękę, bez słowa prosząc o poczęstunek. Giovanni tylko się domyślał, że Jonathan był okazjonalnym palaczem. W gestii obrońcy nie było niszczenie ciała gospodarza, niestety jego sposoby na walkę ze stresem leżały w kategorii tych szkodliwych. Czyli alkohol, papierosy i okazjonalne panoszenie się w miejscu publicznym. Po nic silniejszego nie sięgał.
Zakaszlał okrutnie po zaciągnięciu się. Każdy "okazyjny" papieros był jak jego pierwszy raz.
Przewrócił oczami na słowa Geraldine.
— Nie, no co ty. Mój szanowny kolega Tom postanowił sobie po prostu wywinąć nam fantastyczny żart. Niech on się tylko cieszy, że Gio nie zabrał ze sobą matki, bo zaraz byśmy mieli kolejny "honorowy pojedynek" na pierwszych stronach Proroka.
Podłubał palcem w zębach i zaciągnął się ponownie.
— Szkoda, że musiałem mieć przyjemność patrzenia się na to gówno, ale co poradzić. Książkowy przykład sytuacji, w której musiałem się pojawić. — Westchnął. — Mam nadzieję, że chociaż ty się trochę pochichrałaś.
Dopiero teraz zerknął na nią kątem oka, ale szybko wrócił do patrzenia w dal. Z niezadowoleniem stwierdził, że w przeciągu godziny temperatura wyraźnie spadła. Chociaż częściowo może sprawiał to kontrast po wyjściu z ciepłego pomieszczenia.