02.03.2024, 20:16 ✶
Jeszcze dosłownie chwilę temu bylem przepełniony całą masą intensywnych uczuć, emocji, ambicji, wściekłości na rodziców, na świat, na los, na niedocenienie, z jakim było mi się zmagać, niesprawiedliwością, odwagą, młodzieńczą energią, pewnością siebie i naiwnym ego, które właśnie mnie tu przyprowadziło. Mógłbym żałować, że właśnie się tu znalazłem, że wpadłem w kłopoty, że zostałem omamiony i wciągnięty w fale podstępem, ale... nic z tych rzeczy nie miało miejsca.
Nagle to wszystko przestało mieć znacznie. Moje pragnienia, ambicje, całkowicie ja jako jednostka. Wpadłem w ciszę przerywaną jedynie przez ten śpiew, który zaparł dech w mojej piersi, a serce wprowadził w dynamiczne bębnienie. Melodia życia i śmierci. Niebezpieczna żeby iść z nią w tango, ale właśnie parłem na przód, przed siebie, nieco skołowany przez te fale, ale otulały mnie, wcale nie chciały źle. Zachęcały do tego by nie stawiać oporu, tylko dać się ukołysać, uspokoić, im oswoić i może nawet tak zamknąć oczy i... śnić? Tylko że ten śpiew. Ten śpiew jednak zachęcał mnie do tego by odnaleźć ku niemu drogę i walczyć. Nie tam płynąć z falami, tylko w tą inną stronę.
Faktycznie zaraz usłyszałem ryk i huk wzburzonego morza. Był mi teraz niczym perfekcyjny akompaniament do tego śpiewu, tego śpiewu, który gdzieś zgubiłem po drodze. Zdezorientowany? Zagubiony? Niepewny? Spanikowany może wręcz? Tu, pod wodą, wszystko było takie samo. Zero punktów zaczepienia, a śpiew, ten śpiew... Gdzie był ten śpiew? Czemu zamilknął? Gdzie zniknął?
Wtedy też dopadła mnie świadomość, że przez to zaaferowanie o czymś zapomniałem. O czymś istotnym. Tak, bardzo istotnym, bo jednak powietrze było nam niezbędne do funkcjonowania, do życia, do istnienia, a tu jednak była woda, pełno wody, cała jej masa, która wtargnęła do moich płuc, kiedy tylko moje ciało - w panice, rzecz jasna - zaczęło próby walki o to powietrze... Tylko że tu nie było powietrza. Nie było góry, nieba, ani nawet dna. Pustka. Przepadałem w mroku toni morskiej, wśród tych serc, których nie byłem w stanie dosięgnąć swoją śmiercionośną bronią. Zresztą, jej już nie było, podobnie jak moich szans na przetrwanie, bo ta walka z falami, z wodą, z bezkresem, zabrały mi całą energię, całe powietrze, całą wolę. Tonąłem, a przy tonięciu towarzyszył mi pisk. Miły, uroczy, kojący. Zamknąłem oczy i...
Ocknąłem się, zanosząc nieprzyjemnym kaszlem. Bolał mnie, kuł w pierś. Był cholernie nieprzyjemny, ale dzięki niemu, z każdym kolejnym kaszlnięciem, było mi łatwiej złapać powietrza. Chciałem tego powietrza. Chciałem żyć i rozkoszować się słońcem, którego, co prawda, teraz za chuja nie było, ale chciałem być szczęśliwy, podróżować z Kimi, jadać świąteczne obiady z rodziną, a nie zalegać na dnie morza.
Charknąłem coś na koniec, potężnie otumaniony, rozglądając się by ocenić, co też się wydarzyło, co się odjebało. To miała być szybka akcja, a ja... umierałem?
Nagle to wszystko przestało mieć znacznie. Moje pragnienia, ambicje, całkowicie ja jako jednostka. Wpadłem w ciszę przerywaną jedynie przez ten śpiew, który zaparł dech w mojej piersi, a serce wprowadził w dynamiczne bębnienie. Melodia życia i śmierci. Niebezpieczna żeby iść z nią w tango, ale właśnie parłem na przód, przed siebie, nieco skołowany przez te fale, ale otulały mnie, wcale nie chciały źle. Zachęcały do tego by nie stawiać oporu, tylko dać się ukołysać, uspokoić, im oswoić i może nawet tak zamknąć oczy i... śnić? Tylko że ten śpiew. Ten śpiew jednak zachęcał mnie do tego by odnaleźć ku niemu drogę i walczyć. Nie tam płynąć z falami, tylko w tą inną stronę.
Faktycznie zaraz usłyszałem ryk i huk wzburzonego morza. Był mi teraz niczym perfekcyjny akompaniament do tego śpiewu, tego śpiewu, który gdzieś zgubiłem po drodze. Zdezorientowany? Zagubiony? Niepewny? Spanikowany może wręcz? Tu, pod wodą, wszystko było takie samo. Zero punktów zaczepienia, a śpiew, ten śpiew... Gdzie był ten śpiew? Czemu zamilknął? Gdzie zniknął?
Wtedy też dopadła mnie świadomość, że przez to zaaferowanie o czymś zapomniałem. O czymś istotnym. Tak, bardzo istotnym, bo jednak powietrze było nam niezbędne do funkcjonowania, do życia, do istnienia, a tu jednak była woda, pełno wody, cała jej masa, która wtargnęła do moich płuc, kiedy tylko moje ciało - w panice, rzecz jasna - zaczęło próby walki o to powietrze... Tylko że tu nie było powietrza. Nie było góry, nieba, ani nawet dna. Pustka. Przepadałem w mroku toni morskiej, wśród tych serc, których nie byłem w stanie dosięgnąć swoją śmiercionośną bronią. Zresztą, jej już nie było, podobnie jak moich szans na przetrwanie, bo ta walka z falami, z wodą, z bezkresem, zabrały mi całą energię, całe powietrze, całą wolę. Tonąłem, a przy tonięciu towarzyszył mi pisk. Miły, uroczy, kojący. Zamknąłem oczy i...
Ocknąłem się, zanosząc nieprzyjemnym kaszlem. Bolał mnie, kuł w pierś. Był cholernie nieprzyjemny, ale dzięki niemu, z każdym kolejnym kaszlnięciem, było mi łatwiej złapać powietrza. Chciałem tego powietrza. Chciałem żyć i rozkoszować się słońcem, którego, co prawda, teraz za chuja nie było, ale chciałem być szczęśliwy, podróżować z Kimi, jadać świąteczne obiady z rodziną, a nie zalegać na dnie morza.
Charknąłem coś na koniec, potężnie otumaniony, rozglądając się by ocenić, co też się wydarzyło, co się odjebało. To miała być szybka akcja, a ja... umierałem?