Nie ukrył parsknięcia, gdy Geraldine podzieliła się swoimi zdeptanymi nadziejami. "Mogę go zmienić" — ile niewiast już tak pragnęło, a wyszło jak zawsze. Łobuz nigdy nie kocha najmocniej. Trochę go zdziwiło, że Yaxley również podążyła tym tropem, chociaż była ostatnią kobietą, którą by o to podejrzewał. O cokolwiek kobiecego tak szczerze. Ale nie mógł jej tego wytknąć. Nie podczas tej rozmowy. Nie tego wieczoru. Wszelkie "płciowe" tematy były absolutnie zakazane.
— No było dziwne, wiem. Dlatego mówię, zapomnij.
Podrapał się po głowie. Jego potrzeby. Za dużo swoich potrzeb spełniał. Więcej, niż pewnie powinien. Ale nigdy nie znalazł instrukcji czy regulaminu dla bytów jego typu, więc trudno było to określić.
— Beltane może i namieszało, ale wiesz... Eh, nie ważne... — Na chwilę przerwał, zaciągnął się końcówką papierosa. Zdecydował się dokończyć wypowiedź. I tak by zaczęła naciskać, a nie chciało mu się tego ciągnąć. — W sensie no, tak jak ci pisałem, nie ważne, jak dokładnie Beltane na nas wpłynęło, ale samo pokazanie mi innego punktu widzenia niż zazwyczaj... No samo to też trochę zmieniło. I ten atak na końcu, wiesz, takie uświadomienie kruchości życia i w ogóle... W każdym razie, dobrze wiem, że nie tylko my ześwirowaliśmy trochę po Beltane, ale nawet jak to wziąłem na logikę, to jakoś tak se pomyślałem... różne rzeczy... No, to tyle. Nie wiem co więcej powiedzieć. Że też musiałaś do tego nawiązać akurat teraz. — Pomachał oskarżycielsko w jej kierunku wygaszonym już papierosem, po czym się go pozbył. — Babskich tematów ci się zachciało, ale za grosz babskiego wyczucia sytuacji. Wszystko między nami jest po staremu i koniec tematu.
Mogła nie zrozumieć, o co mu teraz chodziło — miał to gdzieś. Liczył, że w końcu odpuści. Że nie będzie musiał wymieniać wszystkich elementów wpychających go w głębię dyskomfortu. Kopnął peta do rynsztoku i naciągnął w dół kurtkę, była denerwująco krótka.