03.03.2024, 19:39 ✶
– Dzięki, słońce, ale znasz ją. I tak będzie chciała mnie dopaść – powiedziała Brenna, uśmiechając się blado. Jeremiah mógł sprawiać wrażenie tego bardziej surowego, ale Brennie zawsze łatwiej było urobić ojca niż matkę. I jeżeli kiedykolwiek któregoś rodzica choć trochę się bała, to właśnie Elise – chociaż ta na pewno była dużo mniej wymagająca i bardziej wyrozumiała niż większość dam z domów czystej krwi, to kiedy chciała, naprawdę potrafiła usadzić swoją córkę na miejscu i zniszczyć zaledwie kilkoma słowami.
– Tak. Czarnowłosa. Cholera jasna, to jest tak dziwne… – mruknęła Brenna, kręcąc głową. – Czy na pewno, gdyby nie oni, to skończyłoby się na katarze? Czy to nie podejrzane, że twój motor popsuł się właśnie koło ich domu, i świstoklik też właśnie tam przestał działać? – zapytała Brenna. Poruszyła się wzburzona, a pies na jej kolanach zaprotestował cichym piskiem, jakby obawiał się, że właścicielka postanowiła się podnieść i zrzucić go z wygodnego miejsca. Kobieta pogłaskała go znowu, odruchowo, a potem sięgnęła po czekoladę: ciepły napój nie wystarczył, aby w pełni przegnać chłód, który wkradł się głęboko w kości, ale i tak dobrze było napić się czegoś gorącego. – Woda lała się tuż koło mojej głowy, a mój umysł sądził, że śpię w normalnym łóżku… Przecież gdyby nie był lipiec, to mogłoby skończyć się zamarznięciem.
Nie była pewna, czy duchy występowały tu w roli wybawicieli, czy złośliwych istot, które dla własnej uciechy zwabiały podróżnych, by zabawić się ich kosztem. A może…
– Nie jestem pewna – przyznała z pewnym wahaniem. – Może to były duchy, a może po prostu jakieś zaklęcie, ciążące na domu? Wywołujące halucynacje? – zastanowiła się na głos. Przymknęła na moment oczy: była naprawdę cholernie zmęczona, psychicznie i fizycznie, bolała ją głowa i nie była w stanie myśleć w pełni jasno. Fakty, pytania i rzeczy, które należałoby zrobić, skakały gdzieś po głowie Brenny, ale nie potrafiła ich poukładać. Chciała powiedzieć, że trzeba zbadać tę sprawę, ale prawda była taka, że ta sprawa nie była aż tak istotna, aby rzucać się ją badać natychmiast. Tak nakazywał charakter Brenny, ale głos rozsądku przypominał, że ma na głowie kilka istotniejszych tematów Brygadzie, i dużo, dużo istotniejszych w Zakonie Feniksa.
Nie mogła ruszać ścigać duchów, obojętnie czy w metaforycznym, czy dosłownym sensie.
– Przykro mi, że zaserwowałam wam nieprzyjemną noc – westchnęła więc w końcu tylko, zamiast zacząć wyrzucać z siebie pełną listę rzeczy do zrobienia. Ale chociaż wyrażała żal, to nie przepraszała, bo mimo wszystko – ten cholerny świstokik nie był jej winą, a Mavelle też nie wydawała się na nią wściekła. Raczej cieszyła się chyba, że kuzynka wróciła cała i zdrowa. – Może kiedyś przekonamy się, czy ten dom dalej tam jest, skoro znasz mniej więcej trasę… ale jeszcze nie teraz.
– Tak. Czarnowłosa. Cholera jasna, to jest tak dziwne… – mruknęła Brenna, kręcąc głową. – Czy na pewno, gdyby nie oni, to skończyłoby się na katarze? Czy to nie podejrzane, że twój motor popsuł się właśnie koło ich domu, i świstoklik też właśnie tam przestał działać? – zapytała Brenna. Poruszyła się wzburzona, a pies na jej kolanach zaprotestował cichym piskiem, jakby obawiał się, że właścicielka postanowiła się podnieść i zrzucić go z wygodnego miejsca. Kobieta pogłaskała go znowu, odruchowo, a potem sięgnęła po czekoladę: ciepły napój nie wystarczył, aby w pełni przegnać chłód, który wkradł się głęboko w kości, ale i tak dobrze było napić się czegoś gorącego. – Woda lała się tuż koło mojej głowy, a mój umysł sądził, że śpię w normalnym łóżku… Przecież gdyby nie był lipiec, to mogłoby skończyć się zamarznięciem.
Nie była pewna, czy duchy występowały tu w roli wybawicieli, czy złośliwych istot, które dla własnej uciechy zwabiały podróżnych, by zabawić się ich kosztem. A może…
– Nie jestem pewna – przyznała z pewnym wahaniem. – Może to były duchy, a może po prostu jakieś zaklęcie, ciążące na domu? Wywołujące halucynacje? – zastanowiła się na głos. Przymknęła na moment oczy: była naprawdę cholernie zmęczona, psychicznie i fizycznie, bolała ją głowa i nie była w stanie myśleć w pełni jasno. Fakty, pytania i rzeczy, które należałoby zrobić, skakały gdzieś po głowie Brenny, ale nie potrafiła ich poukładać. Chciała powiedzieć, że trzeba zbadać tę sprawę, ale prawda była taka, że ta sprawa nie była aż tak istotna, aby rzucać się ją badać natychmiast. Tak nakazywał charakter Brenny, ale głos rozsądku przypominał, że ma na głowie kilka istotniejszych tematów Brygadzie, i dużo, dużo istotniejszych w Zakonie Feniksa.
Nie mogła ruszać ścigać duchów, obojętnie czy w metaforycznym, czy dosłownym sensie.
– Przykro mi, że zaserwowałam wam nieprzyjemną noc – westchnęła więc w końcu tylko, zamiast zacząć wyrzucać z siebie pełną listę rzeczy do zrobienia. Ale chociaż wyrażała żal, to nie przepraszała, bo mimo wszystko – ten cholerny świstokik nie był jej winą, a Mavelle też nie wydawała się na nią wściekła. Raczej cieszyła się chyba, że kuzynka wróciła cała i zdrowa. – Może kiedyś przekonamy się, czy ten dom dalej tam jest, skoro znasz mniej więcej trasę… ale jeszcze nie teraz.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.