• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Czarodzieje Kroniki Przyjęci do gry v
« Wstecz 1 … 4 5 6 7 8 Dalej »
Lucien Shafiq

Lucien Shafiq
Czarodziejska legenda
Wilderness is not a luxury but a necessity of the human spirit.
wiek
sława
—
krew
—
genetyka
—
zawód
Czarodzieje dążą do zatarcia granicy pomiędzy jaźnią i resztą natury, wchodząc tym samym na wyższe poziomy świadomości. Część z nich korzysta do tego z grzybów, a część przeżywa głębokie poczucie spokoju i połączenia podczas religijnych obrzędów i rytuałów. Ostatecznie jednak ciężko opisać najgłębsze wewnętrzne doświadczenia i uznaje się, że każdy z czarodziejów odczuwa je na swój sposób. Zjawisko to nazywane jest eutierrią.

Eutierria
#1
08.12.2022, 19:47  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.12.2022, 00:48 przez Lucien Shacklebolt.)  

Lucien Shafiq

Urodzenie: 2 lutego 1948 | Wodnik | Numerologiczna 8
Stan cywilny: Kawaler
Krew: Półkrwi
Pochodzenie: Dzieciństwo spędziłem w rezydencji Shafiqów, z których wywodził się mój ojciec. Pośród ksiąg i starożytnych artefaktów zawsze jednak czułem się obco, mimo że to miejsce przywykłem nazywać domem. Moja matka przed zamążpójściem nosiła nazwisko Shacklebolt, lecz niewiele mówiła o swojej rodzinie, a ja nauczyłem się nie pytać - mimo że ciekawiły mnie opowieści o zatopionych statkach, morskich podróżach i syrenach. Pracowała razem z ojcem - on zajmował się łamaniem klątw i oczyszczaniem magicznych przedmiotów z wpływu czarnej magii, a ona opiekowała się jego wyprawami. Katalogowała jego znaleziska, dbała o zaopatrzenie i logistykę. No i o niego samego.
Kształtowanie: ◉○○○○
Rozproszenie: ◉◉○○○
Transmutacja: ○○○○○
Zauroczenie: ◉◉◉◉○
Nekromancja: ○○○○○
Translokacja: ◉○○○○
Percepcja: ◉◉◉○○
Aktywność fizyczna: ◉◉○○○
Charyzma: ◉◉◉○○
Rzemiosło: ◉○○○○
Wiedza przyrodnicza: ◉○○○○
Wiedza o świecie: ◉○○○○
Poziom spaczenia:
Czarodziej, który jest zdolny do wyrządzenia komuś krzywdy (II)
Rzadko pierwszy sięgam po różdżkę. Ale nie powiem, że bym tego nie zrobił. Ponoć to okazja czyni złodzieja.
Różdżka: 11 cali, giętka, wykonana z drewna winorośli z rdzeniem z pióra feniksa. Albo wypolerowana na błysk, albo pokryta tłustymi odciskami paluchów, nic pomiędzy.
Zwierzę totemiczne: Kuna
Aura: Moja aura jest ciemnopomarańczowa, jakby przybrudzona brązem, a do tego miesza się z soczystą zielenią. Gdyby mnie ktoś spytał, powiedziałbym, że wygląda jak rzygi kota.
O zdolnościach: Jeśli mam talenty, to są one naprawdę głęboko ukryte. Podczas szkolnych projektów zawsze miałem rolę leniwego, ale charyzmatycznego, który przedstawia całość i tylko dzięki temu zgarnia dobrą ocenę. To mi zostało, pracuję jako mówca - jestem wróżbitą, ale muszę też umieć się sprzedać. Umiejętność patrzenia w przyszłość nie wystarczy, nawet jeśli całkiem nieźle czytam z ludzi na podstawie ich wyglądu (wymięta suknia, czerwone plamy na dekolcie, ubłocone buty?) czy zachowania. Szczerze, to z magii jestem raczej średni. Taki ze mnie czarodziej, jak z yorka mojej sąsiadki. No, może zbyt surowo się osądzam, ale bywa, że przywołanie przeze mnie kieliszka wina kończy się tym, że na spodniach mam plamę, jakbym się poszczał. Za zaklęcia transmutacyjne nie biorę się w ogóle, teleportować się (jeszcze) nie umiem, a moja tarcza przy dobrych wiatrach powstrzyma Expelliarmus piętnastolatka. Tylko z urokami czuję się pewnie, a w razie gdyby zawiodły… Bring back manly man. Po coś mam pięści. I długie nogi, w razie, gdyby trzeba było wiać. Obyty też całkiem jestem. Wiem, kto jest aktualnym Ministrem Magii, jak wygląda flaga Argentyny i rozumiem, czemu cały świata się jara Davidem Bowiem. Moje zdolności manualne nie wołają o pomstę do nieba (coś tam kumam perspektywę i pojmuję, który koniec dłuta służy do rzeźbienia). A na swoim parapecie mam nawet kilka roślinek, które niespodzianka - wciąż żyją.

Wieża Babel: Shafiqowie są w stanie zrozumieć każdy język.

Niewidzialność:

Moja twarz nie jest szerzej rozpoznawalna, a to oznacza pewną anonimowość. Powiedzmy, że bywa to przydatne. Szczególnie, kiedy bywa się tam, gdzie nie powinno się zapuszczać.

Wróżbiarstwo (III):

Dwa do piętnastu sykli. Tak się ceniłem jeszcze w Hogwarcie, kiedy potajemnie urządzałem wieczorki manifestacyjne, stawiałem taroty i czytałem z gwiazd. Połowa dziewczyn z mojego rocznika była zapalonymi zodiakarami, więc często opracowywałem ich profile w porównaniu do profili potencjalnych partnerów. Waga i rak? Porażka, zawsze odradzałem. I zawsze miałem rację, bo takie związki trwały góra trzy miesiące i kończyły się uczniowskimi dramami, o których huczała cała szkoła. Pytali mnie o sprawy sercowe i zawodowe, a ja, choć don’t really give a shit, odpowiadałem, ze starannie wyreżyserowanym współczuciem bądź entuzjazmem. Sportowe świry zadawały pytania o wynik meczu, niepozorne kujony chciały znać zakres materiału na testach, a o najbardziej pokręcone wróżby prosiły te ciche dzieciaki. Od zawsze miałem łeb do interesów, ale w końcu musiałem go zwinąć. W połowie szóstej klasy nauczyciele się dowiedzieli, zarobiłem wtedy srogi szlaban i tonę minusowych punktów. „To nieetyczne, Lucien” strofował mnie opiekun Slytherinu (ironiczne, czyż nie?), na co ja mogłem tylko wzruszyć ramionami. Dobrze, że nie kazali mi oddwać ciężko zarobionych pieniędzy. Przydały się później, bo na szczęście nie przepierdalałem ich na słodycze i kremowe piwo w Hogsmeade.

Teraz to dzięki kryształowej kuli mam na chleb, dzięki pomarszczonym, suchym dłoniom staruszek i popłuczynach po lurze serwowanej zmęczonym życiem żonom. Dzięki rodzicom, którzy pytają mnie o imię i przyszłość swojego nienarodzonego dziedzica i obsesyjnych zazdrośnikach, każących mi szukać w mętnej przyszłości tożsamości kochanka partnerki. Umiem interpretować to, co widzę, a widzę faktycznie, może nie więcej, a po prostu inaczej niż większość ludzi. Spirytualna tradycja jest mi bliska, przesiąknąłem już zapachem palonego kadzidła, palo santo przebija się przez każde perfumy, jakich używam. Z namiętnością czytam książki o apollińskich obrzędach i dionizyjskich celebracjach i poszukuję w nich sposobów na wzmocnienie swoich wizji. Odpowiedzi czasem nie przychodzą same, a wtedy muszę im pomóc.

Kłamstwo (I):

Kula milczy, ale przecież tak tego nie zostawię. Pieniążki skapujące do mej kieszeni nie są uzależnione od powodzenia seansu, lecz pierwszy rzut oka na mężczyznę siedzącego przede mną i już wiem, że tak tego nie zostawię. Ma zapuchnięte oczy, wygląda jakby nie spał przez tydzień, ubrania dziwnie na nim wiszą, jakby bardzo dużo schudł w bardzo krótkim czasie. Crouch. Czytałem o nim w gazecie kilka dni temu, jego syn zaginął. Chce wiedzieć, co się z nim stało. Magiczna policja jest bezsilna, a sprawa nie wydaje się na tyle poważna, by angażować w nią aurorów. Nawet, jeśli mamy niespokojne czasy, to na zaginięcia nastolatków zdarza się machnąć ręką. Boys will be boys. Żyje, zapewniam cicho Croucha, który od początku sesji nie powiedział ani słowa. Po jego przebarwionych policzkach ciekną łzy, kiedy zachrypniętym głosem, pyta, gdzie jest. Kręcę głową, tego nie wiem. Wizja nie jest jasna, tłumaczę mężczyźnie. Widzę drzewo i ślady pazurów, ale to tylko wskazówka, nie odpowiedź, przestrzegam. Umywam ręce od samosądu, choć to ja, w pełni świadomie kieruję trop na wilkołaka. Sam uprzedzony nie jestem, ale nie mam oporów, by wykorzystywać uprzedzenia innych. Proszę Croucha, żebym wrócił z czymś należącym do jego syna. Chcę dać mu jeszcze trochę nadziei.

Złodziejstwo (I):

Działam też… na własną rękę. W Oku Horusa nie muszę martwić się o klientów, mam do dyspozycji wygodne pufy, nieograniczoną ilość ciepłych i zimnych napojów, lecz nie jest to wystarczająco. Nie wszystkie praktyki mogę przeprowadzać pod okiem mojej przełożonej, która uważa się co najmniej za kolejne wcielenie Kleopatry. Zaglądanie do kieszeni gości bywa tym samym niebezpieczne - wszak naszą domeną jest nieskazitelna reputacja. I tak to robię, choć nie łaszę się na grube ryby. Zegarki - zbyt łatwo zauważyć ich brak, są za dużo warte. Lubię kolczyki, bo te łatwo zgubić gdziekolwiek, a ja z zasady przywłaszczam sobie tylko jeden z pary. Tak na wypadek, jakby były cenną pamiątką rodzinną i miały wartość sentymentalną. Całe mieszki? Nigdy, wysłupłuję raczej pojedyncze monety. To drobne, napiwki, należą mi się przecież.

Walka wręcz (I):

Nie zawsze jednak idzie, jak spłatka, prawda? Na gorącym uczynku może nikt mnie nie przyłapał, ale raz, tuż przed wejściem do Oka Horusa normalnie dostałem w pysk. Czekało na mnie dwóch gości, nie miałem nawet szans, by wyciągnąć różdżkę, a już leżałem na glebie z obitą mordą i bez portfela. Posmakowałem własnego lekarstwa, co? Fioletowe siniaki zakrywałem czarami i makijażem, obiecałem też sobie, że to się więcej nie powtórzy. Że nie mogę być całkowicie bezbronny. Szkolne awantury wiele mnie nie nauczyły, ale wciry zebrane od tamtych karków, owszem. Nie to, że nagle zacząłem szukać guza i sposobu, żeby się sprawdzić - ja pierdolę, nie jestem ani idiotą, ani bohaterem. Po prostu zadbałem o siebie fizycznie. Codziennie ktoś mógł czekać na mnie pod domem, w barowej przepychance byłbym pierwszym, który straci przytomność. Nie tego dla siebie chciałem. W ciągu paru lat uczestniczyłem w takich ulicznych kotłowaninach więcej razy niż można by to nazwać przypadkiem. Nie zawsze wychodziłem z nich bez szwanku - a to złamany nos, a to rozcięty łuk brwiowy, a to rozkwaszone usta. Bywa, ale przynajmniej nie byłem już totalnie bezbronny. I już nigdy nie skończyłem skopany jak pies.

Nałogowy hazardzista (II):

„Karta”, mówię i choć głos mam opanowany, chłodny, to ręka, zaciśnięta w kieszeni spodni drży. Z pozorną obojętnością patrzę na krupiera, który bez żadnych emocji wykłada na stół trzecią kartę. Do króla kier i damy pik dołącza zwykła dwójka trefl. Przez kilka sekund z osłupieniem wpatruję się w dwójkę, która zaczyna chochliczo chichotać. I to nawet nie w mojej wyobraźni - ona naprawdę się ze mnie śmieje. Magiczne kasyno, czego ja mam się spodziewać? Zaciskam usta, bez słowa wstaję i odchodzę od stołu. Nie chcę patrzeć, jak ten dziad zgarnia moje żetony (jeden udaje mi się niepostrzeżenie zachachmęcić ze stosu). Miałem się odbić. Zagrać ostatni raz tak, żeby chociaż się zwróciło. Jebany czynsz, jebany landlord, jebane podwyżki. Jebane długi. Zakładam kaptur na głowę i wychodzę pośpiesznie, obracając w dłoni skradziony żeton. W takich miejscach jak to, nie patrzy się przychylnie na ludzi takich, jak ja. A już na pewno nie wtedy, kiedy dobitnie pokazali, że są spłukani.
Wracam tam trzy dni później, z pożyczonym sianem. Dzisiaj wygram.

Biedak (II):

Gdyby powiedzenie „jesteś tym, co jesz” było prawdziwe, byłbym pewnie ziemniakiem. Są tanie. Zapychające. W domu jem je praktycznie na każdy posiłek i nie narzekam. Bycie dorosłym nie jest takie proste, jak myślałem. Muszę martwić się o milion rzeczy, o których nie pamiętam. Zarobić na siebie - to z kolei strasznie abstrakcyjne. Mimo że utrzymuję się sam już od ładnych kilku lat, zawsze na coś mi nie starcza. Są jednak rzeczy, których sobie nie odmówię. Walenia w nos, na przykład. Niegroźnie, raz na jakiś czas. Nie jestem uzależniony, ale jak już kupuję towar, to tylko ten z górnej półki. Żaden tam gówno kryształ ze składem gorszym niż zupki chińskie marketowej marki. Mam spore wymagania, duże potrzeby, jeszcze większe wydatki. A przy tym niebywały talent do przepuszczania pieniędzy. A to tylko jeden z powodów, dla których moja rodzinka się ode mnie odcięła.

Brak edukacji (I):

Ojciec wielokrotnie grzmiał mi nad uchem, że bez wykształcenia do niczego nie dojdę and look at me now. Na tym etapie życia - mimo, że raczej mi się nie przelewa, wciąż bym się z nim nie zgodził. Stabilność finansowa to przecież nie wszystko, prawda? Prawda?

Nigdy nie zdałem Owutemów - siódmy rok nauki w Hogwarcie nie był dla mnie prosty. Teraz, siedząc na parapecie w kuchni w moim jednoizbowym mieszkanku w Londynie i paląc szluga, mogę z uśmieszkiem na ustach przyznać, że był wręcz traumatyczny. Matka zachorowała na Nocną Marę i zmarła, tak po prostu. Umierała cały rok, ja cały rok się martwiłem, ale ojciec był nieugięty - nie pozwolił mi wrócić do domu. „Masz się uczyć”, tak mi powiedział, jakbym w ogóle myślał o powtarzaniu transmutacyjnych reguł czy wkuwaniu właściwego akcentowania inkantacji uroków. Przewegetowałem, cały ten rok. Praktycznie nie opuszczałem swojego dormitorium, czasami zaszywałem się w sali od wróżbiarstwa. Maniakalnie stawiałem tarota, w kółko parzyłem herbatę i non-stop gapiłem się w kryształową kulę, od czego miewałem potężne migreny. W ciągu tych dziesięciu miesięcy widziałem ją tylko raz, na święta. Odeszła tuż przed moimi egzaminami, a ja po pogrzebie nigdy nie wróciłem do szkoły. Kufer odesłali mi już na nowy adres. Straciłem coś więcej niż wykształcenie.

Wydziedziczony dziedzic (I):

To nie był do końca mój wybór. Ojciec zdecydował, jakiego syna chce mieć - ja nim nie byłem. Nie rozmawialiśmy ze sobą od tamtego czasu. Odkąd mama zmarła. On przyjął, że nie istnieję, a ja… prawie go już nie pamiętam.
Edukacja: Hogwart (1959-1966)

Za bardzo nie mam się czym chwalić. Rzuciłem szkołę tuż przed Owutemami i nigdy mnie nie ciągnęło, aby jednak do nich podejść. SUMY zdałem zupełnie przeciętnie. Oblałem transmutację i eliksiry, z reszty otrzymałem przyzwoite stopnie, szczególnie dumny byłem z wysokich wyników z zaklęć i z wróżbiarstwa. Należałem do Slytherinu, a im byłem starszy tym bardziej powątpiewałem w ten wybór. Nie pasowałem tam - dyskusje na temat czystości krwi skutecznie wyganiały mnie z Pokoju Wspólnego, ale z łatką musiałem żyć. Że niby cwaniactwo wykluczyło mnie z Ravenclawu? Dzięki za nic.

Doświadczenie:

Po rzuceniu szkoły na krótko wyjechałem z Anglii. Miałem swoje oszczędności, więc wsiadłem na pierwszy lepszy statek. Może to krew mojej matki, ale ciągnęło mnie do morza. Popłynąłem na Jawę i spędziłem tam rok, pracując fizycznie z miejscowymi. Przez ten czas uczyłem się wróżyć z zastygłej magmy - nie bez powodu wybrałem Indonezję. Aktywności wulkanicznych szczątek okazała się dobrym tropem, okazały się one bowiem silnym przewodnikiem. Związek z naturalną energią oraz tutejszą historią sprawiał, że bez trudu zaglądałem w przyszłość wszystkich, którzy przychodzili do mnie po radę. Mój triumfalny powrót okazał się jednak kpiną. Wróciłem z workiem kamieni, który ledwo co mogłem udźwignąć, a one (co powinienem przewidzieć) w Europie były zupełnie bezużyteczne. Wydawało mi się, że każdy durny może wróżyć z kryształowej kuli, chciałem czegoś więcej - i potrzebowałem show. W Londynie zaczynałem dosłownie na ulicy i w barach. Kiedy było jeszcze stosunkowo bezpiecznie, także po mugolskiej stronie miasta. Czytanie z ręki, rozkładanie kart, i tak dalej. Eksperymentowałem z haruspicją, zaczepiłem się nawet w cyrku, gdzie występowałem z Wężową Kapłanką i zgłębiałem lekanomancję, wróżenie z ostrzy i luster. To jednak nie było dla mnie - śmierdziało jarmarcznością i tandetą, a ja byłem dzieckiem luksus. Po paru latach włóczęgi trafiłem wreszcie do Oka Horusa, gdzie od progu pachnie paczulą i cynamonem, a wnętrze - przynajmniej pozornie, sprawia elitarne wrażenie. Tam nawet ja mogę być drogi.

Aktualne miejsce pracy: Salon wróżbity Oko Horusa na Alei Horyzontalnej

Rozpoznawalność: Zwykły czarodziej (III)
Szerokim łukiem muszę omijać Fleet Street, bo parę razy żarłem tam w knajpach, a później spierdoliłem bez zapłacenia rachunku, więc poszła fama i kojarzą tam moją mordę. Kontakty ze szkoły urwałem (z małymi wyjątkami), za to kwitną moje portowe znajomości (czasami tęsknię za tymi good old days) i cyrkowe koneksje. Szemrane to towarzystwo, wiem, dlatego staram się nie rzucać w oczy.

Wskazówki dla Mistrza Gry

Nie angażuję się w konflikt, o ile ten po mnie nie przyjdzie. Niewykluczone, że wtedy zrobię to, co należy. Albo to, co będzie dla mnie bardziej opłacalne.
Moje stałe klientki uwielbiają moje towarzystwo, a ja często pozwalam zapraszać się na obiad. Kawę. Drinka. Wymieniamy najgorętsze plotki, one pokrywają rachunek. Tak jak mówiłem - w utrzymaniu jestem drogi.
Nie używam nazwiska odziedziczonego po moim ojcu. Wróciłem do nazwiska po matce - jest bardziej anonimowe. 
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości




Wiadomości w tym wątku
Lucien Shafiq - przez Eutierria - 08.12.2022, 19:47
RE: Lucien Shafiq - przez Eutierria - 11.12.2022, 15:05
RE: Lucien Shafiq - przez Eutierria - 11.12.2022, 15:06
RE: Lucien Shafiq - przez Lucien Shacklebolt - 11.12.2022, 15:06

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa