04.03.2024, 02:46 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.03.2024, 02:47 przez Erik Longbottom.)
Nie domyślił się, że Perseusz próbuje zidentyfikować jego aurę. Podobnie jak nie zorientował się zapewne poprzednim razem i jeszcze wcześniejszym. Co wówczas dostrzegł? Jeśli trafił na dobry dzień, jego aura bez wątpienia mieniła się kolorami zieleni, czasem przyjmując barwę szmaragdu, aby innym przejść w rozświetloną biel, wyrastającą z niego niczym kwiat zakorzeniony głęboko w erikowej empatii.
Jak sprawa prezentowała się dziś? Zieleń, choć obecna, zdawała się pulsować szarymi punktami, które ciemniały, aby zaraz zostać pochłonięte przez zieleń i wyjść na wierzch w zupełnie innym miejscu. Nosił w sobie żal, obojętność i brak zaangażowania, sprzeczny poniekąd z adaptacją typową dla zielonych barw widzianych przez aurowidziów. Brak równowagi. Tłamsił coś w sobie, próbował utrzymać pod kontrolą, jednak ewidentnie walczył sam ze sobą.
— Wszyscy mierzemy się ze skutkami Beltane, Percy — odparł, z trudem powstrzymując się od parsknięcia pozbawionym radości śmiechem. — Widziałeś Polanę Ognisk? Widziałeś Knieję? — Zaciągnął się papierosem, starając się opanować swe niezadowolenie. To nie była jego wina, to nie była wina Blacka. To się po prostu... stało. — Gdyby to ode mnie zależało, nie pozwoliłbym, aby ktokolwiek tego doświadczył już za pierwszym razem.
Ale nie zależało. Balansował na granicy lojalności wobec dwóch różnych sił o zbliżonych celach, jednak nawet on nie odważył się na nadmierne naciągnięcie tej liny i sprawdzenie, z jakim ciężarem faktycznie sobie poradzi. Ministerstwo nie posłuchało. Mieli inne cele, inne punkty warte ochrony. A on był twarzą tej operacji, to pod jego dowodzenie oddano Brygadzistów i Aurorów. Chaos zrobił jednak swoje. Uratowali kogo się tylko dało, a skończyli z ludźmi w Limbo i dwoma Brygadzistkami, które prawie pochłonęła ziemia.
Chrząknął cicho, ponownie zaciągając się papierosem. Nie myśl o tym, nie myśl o tym, powtarzał sobie niczym mantrę. Nie potrzebował kolejnego bagażu, gdy i tak nosił ze sobie zdecydowanie zbyt wiele toreb, a ich zwartość zdawała się i tak wypadać na podłogę. Wbił wzrok w bliżej nieokreślony punkt, licząc do dziesięciu, a potem odliczając od tej liczby w dół. To miał być spokojny wieczór. I to będzie spokojny wieczór.
— Że co proszę? — wymsknęło mu się nagle, gdy usłyszał pytanie Neila. Zamrugał parokrotnie, nagle poświęcając mu pełnie swojej uwagi. Skąd ta teza? — Doktor Black nie wie, co mówi. Zapewniam, że nie ćpam. Przysięgam na moją siostrę i wszystkie kuzynki. — Potarł wolną dłonią nasadę nosa. Nie miał jak udowodnić swojej niewinności. — Ale tak, zrezygnowałby z używki. Z palenia, żeby być konkretnym. — Strząsnął z papierosa popiół na płytki w wymownym geście. — Poza tym, mam za dużą słabość do słodyczy. Jak miałby sobie odpuścić te wszystkie ciastka i cukierki?
Uśmiechnął się mimowolnie i był to prawdopodobnie jeden z najszczerszych uśmiechów, jakie zagościły na jego twarzy podczas tej imprezy. Miał to szczęście, że perfekcyjne wypieki towarzyszyły mu od lat przez znajomość z Norą. Co by się nie działo, zawsze mógł liczyć na to, że ta mogła mu coś przemycić z kuchni w Hogwarcie lub upichcić na własną rękę. Tak jak on zawsze służył radą i wsparciem, tak ona podsuwała mu talerzyki ze słodkościami. I tak to leciało. Szkolna kuchnia zmieniła się w klubokawiarnię, a rady stały się poważniejsze, niż odradzanie pannie Figg przedwczesnego zrywania się z zajęć.
Zaraz sarknął pod nosem, gdy Perseusz odpowiedział na jego pytanie. Akurat nazwania fikcyjnego kociska po Bombardzie, to się nie spodziewał. Nie, żeby miał prawa do krytykowania jakiegokolwiek imienia u czworonożnego pupila, skoro nazwał swojego psa imieniem omena śmierci.
— Emm... Wolałbym być sam — stwierdził, dopalając powoli papierosa. — Jeśli nie ma się zaufania do drugiej osoby, to nie ma się nic. Trochę nierozwianych wątpliwości, a fundamenty trafia szlag. No i lojalność wobec siebie nawzajem... Ciężko coś budować, gdy nie można na siebie liczyć.
Zamilkł na dłuższą chwilę, bo coraz trudniej przychodziło mu wymyślanie dobrych pytań.
— Perseuszu, wolałbyś skazić ręce czarną magią i przynieść pokój na świecie, czy tkwić w koszmarze, ale pozostać bez skazy? — spytał, jakby pytał, co zaplanował na weselny obiad, po czym skierował się do Neila. — Wolałbyś, aby twoje szczęśliwe wspomnienia stały się jeszcze lepsze czy raczej, żeby te najgorsze stały się mniej smutne?
Jak sprawa prezentowała się dziś? Zieleń, choć obecna, zdawała się pulsować szarymi punktami, które ciemniały, aby zaraz zostać pochłonięte przez zieleń i wyjść na wierzch w zupełnie innym miejscu. Nosił w sobie żal, obojętność i brak zaangażowania, sprzeczny poniekąd z adaptacją typową dla zielonych barw widzianych przez aurowidziów. Brak równowagi. Tłamsił coś w sobie, próbował utrzymać pod kontrolą, jednak ewidentnie walczył sam ze sobą.
— Wszyscy mierzemy się ze skutkami Beltane, Percy — odparł, z trudem powstrzymując się od parsknięcia pozbawionym radości śmiechem. — Widziałeś Polanę Ognisk? Widziałeś Knieję? — Zaciągnął się papierosem, starając się opanować swe niezadowolenie. To nie była jego wina, to nie była wina Blacka. To się po prostu... stało. — Gdyby to ode mnie zależało, nie pozwoliłbym, aby ktokolwiek tego doświadczył już za pierwszym razem.
Ale nie zależało. Balansował na granicy lojalności wobec dwóch różnych sił o zbliżonych celach, jednak nawet on nie odważył się na nadmierne naciągnięcie tej liny i sprawdzenie, z jakim ciężarem faktycznie sobie poradzi. Ministerstwo nie posłuchało. Mieli inne cele, inne punkty warte ochrony. A on był twarzą tej operacji, to pod jego dowodzenie oddano Brygadzistów i Aurorów. Chaos zrobił jednak swoje. Uratowali kogo się tylko dało, a skończyli z ludźmi w Limbo i dwoma Brygadzistkami, które prawie pochłonęła ziemia.
Chrząknął cicho, ponownie zaciągając się papierosem. Nie myśl o tym, nie myśl o tym, powtarzał sobie niczym mantrę. Nie potrzebował kolejnego bagażu, gdy i tak nosił ze sobie zdecydowanie zbyt wiele toreb, a ich zwartość zdawała się i tak wypadać na podłogę. Wbił wzrok w bliżej nieokreślony punkt, licząc do dziesięciu, a potem odliczając od tej liczby w dół. To miał być spokojny wieczór. I to będzie spokojny wieczór.
— Że co proszę? — wymsknęło mu się nagle, gdy usłyszał pytanie Neila. Zamrugał parokrotnie, nagle poświęcając mu pełnie swojej uwagi. Skąd ta teza? — Doktor Black nie wie, co mówi. Zapewniam, że nie ćpam. Przysięgam na moją siostrę i wszystkie kuzynki. — Potarł wolną dłonią nasadę nosa. Nie miał jak udowodnić swojej niewinności. — Ale tak, zrezygnowałby z używki. Z palenia, żeby być konkretnym. — Strząsnął z papierosa popiół na płytki w wymownym geście. — Poza tym, mam za dużą słabość do słodyczy. Jak miałby sobie odpuścić te wszystkie ciastka i cukierki?
Uśmiechnął się mimowolnie i był to prawdopodobnie jeden z najszczerszych uśmiechów, jakie zagościły na jego twarzy podczas tej imprezy. Miał to szczęście, że perfekcyjne wypieki towarzyszyły mu od lat przez znajomość z Norą. Co by się nie działo, zawsze mógł liczyć na to, że ta mogła mu coś przemycić z kuchni w Hogwarcie lub upichcić na własną rękę. Tak jak on zawsze służył radą i wsparciem, tak ona podsuwała mu talerzyki ze słodkościami. I tak to leciało. Szkolna kuchnia zmieniła się w klubokawiarnię, a rady stały się poważniejsze, niż odradzanie pannie Figg przedwczesnego zrywania się z zajęć.
Zaraz sarknął pod nosem, gdy Perseusz odpowiedział na jego pytanie. Akurat nazwania fikcyjnego kociska po Bombardzie, to się nie spodziewał. Nie, żeby miał prawa do krytykowania jakiegokolwiek imienia u czworonożnego pupila, skoro nazwał swojego psa imieniem omena śmierci.
— Emm... Wolałbym być sam — stwierdził, dopalając powoli papierosa. — Jeśli nie ma się zaufania do drugiej osoby, to nie ma się nic. Trochę nierozwianych wątpliwości, a fundamenty trafia szlag. No i lojalność wobec siebie nawzajem... Ciężko coś budować, gdy nie można na siebie liczyć.
Zamilkł na dłuższą chwilę, bo coraz trudniej przychodziło mu wymyślanie dobrych pytań.
— Perseuszu, wolałbyś skazić ręce czarną magią i przynieść pokój na świecie, czy tkwić w koszmarze, ale pozostać bez skazy? — spytał, jakby pytał, co zaplanował na weselny obiad, po czym skierował się do Neila. — Wolałbyś, aby twoje szczęśliwe wspomnienia stały się jeszcze lepsze czy raczej, żeby te najgorsze stały się mniej smutne?
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞