04.03.2024, 09:32 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.03.2024, 09:39 przez Brenna Longbottom.)
- Myślałam, że moja specjalność to bycie biurowym pajacem, ale dopiszę sobie gderanie w rubryczce zdolności w CV - obiecała Brenna, ani trochę nieprzejęta oskarżeniami o bycie gderaczem.
Czy mogła podejrzewać, że Aidan wie o takich rzeczach coś więcej? I tak, i nie. Zwracała uwagę na ludzi w swoim otoczeniu, owszem, lubiła zapamiętywać różne drobiazgi, w rodzaju tego, kto na kogo narzekał i kto zawsze wychodził na lunch widząc, że robi to taka Rhynda albo jaką kawę pijał. Ale wbrew pozorom w tych potokach słów i pytań rzadko wypytywała o sprawy naprawdę osobiste, jeżeli nie była z kimś blisko, plotki powtarzała tylko w najbliższym gronie, a tym wysłuchiwanym niekoniecznie dawała wiarę. Jej znajomość z Parkinsonem ograniczała się głównie do pracy, więc nie miała pojęcia, z kim i jak długo bujał się po niej. Ani że był podrywaczem, który trochę ograniczał się w Biurze - na szczęście dla nich obojga tu próbował odrobiny profesjonalizmu, a ona nie była w jego typie, bo pewnie żadnych zabiegów nie potraktowałaby poważnie i uraziła jego miłość własną albo uderzyła w pewność siebie. Ani że tak naprawdę wzdychał do panny, za związek z którą z pewnością by go z Parkinsonów wydziedziczono. I jedno, i drugie stanowiło dla niej tajemnicę.
Mugole niekoniecznie byli bardziej naiwni niż czarodzieje, przynajmniej w oczach Brenny. Wszystko zależało jednak od miejsca, czasu i okoliczności. W takich hotelach jak tutaj rzadko zadawano pytania, a Longbottom, po której niby na co dzień pieniędzy nie było widać... tak naprawdę przywykła, że banknot albo moneta mogą bardzo wiele problemów załatwić i miała to szczęście, że z pieniędzmi zupełnie nie musiała się liczyć.
I przynajmniej tym razem się nie myliła, bo nikt nie próbował ich zatrzymać.
- Skarbie, mam tylko godzinę, zanim mąż wróci - odparła głośno i marudnie na jego słowa, ani myśląc w tej chwili się oburzać na to, że objął ją w pasie. Po pierwsze, przyjaciele i znajomi obejmowali ją całkiem często, i nigdy się niczego w tym nie doszukiwała - było to może dziwne w rodach czystej krwi, gdzie maniery na takie zachowania rzadko pozwalały, ale ona obracała się w różnym towarzystwie. Po drugie, nie była aż tak durna, by nie wiedzieć, o co mu chodziło...
Niewiele myśląc przyspieszyła, ledwo ich "ofiara" znikła za rogiem i dał się słyszeć szczęk klucza. Nie byli w hotelu sami: ktoś szedł gdzieś piętro niżej, z jakiegoś pokoju dobiegały dźwięki kłótni, na pierwszym piętrze ktoś mówił coś na korytarzu, być może do sprzątaczki. Ale też nie było tu tłumów, a większość ludzi w takich miejscach wolała nie wtykać nosa w nieswoje sprawy.
Kluczem było więc pozbawienie tego gościa różdżki.
- Och, bardzo przepraszam! - wykrzyknęła, wypadając zza rogu i absolutnie celowo wpadając na gościa z impetem. Drzwi do jego pokoju stały już otworem i zderzyli się z nimi. Wyciągnęła ręce, by chwycić za przedramiona, niby to w próbie złapania równowagi, a w rzeczywistości chcąc go przytrzymać na miejscu i utrudnić sięgnięcie po różdżkę. - Zaraz, to pana pokój? Nam też dano klucz do 59!
Czy mogła podejrzewać, że Aidan wie o takich rzeczach coś więcej? I tak, i nie. Zwracała uwagę na ludzi w swoim otoczeniu, owszem, lubiła zapamiętywać różne drobiazgi, w rodzaju tego, kto na kogo narzekał i kto zawsze wychodził na lunch widząc, że robi to taka Rhynda albo jaką kawę pijał. Ale wbrew pozorom w tych potokach słów i pytań rzadko wypytywała o sprawy naprawdę osobiste, jeżeli nie była z kimś blisko, plotki powtarzała tylko w najbliższym gronie, a tym wysłuchiwanym niekoniecznie dawała wiarę. Jej znajomość z Parkinsonem ograniczała się głównie do pracy, więc nie miała pojęcia, z kim i jak długo bujał się po niej. Ani że był podrywaczem, który trochę ograniczał się w Biurze - na szczęście dla nich obojga tu próbował odrobiny profesjonalizmu, a ona nie była w jego typie, bo pewnie żadnych zabiegów nie potraktowałaby poważnie i uraziła jego miłość własną albo uderzyła w pewność siebie. Ani że tak naprawdę wzdychał do panny, za związek z którą z pewnością by go z Parkinsonów wydziedziczono. I jedno, i drugie stanowiło dla niej tajemnicę.
Mugole niekoniecznie byli bardziej naiwni niż czarodzieje, przynajmniej w oczach Brenny. Wszystko zależało jednak od miejsca, czasu i okoliczności. W takich hotelach jak tutaj rzadko zadawano pytania, a Longbottom, po której niby na co dzień pieniędzy nie było widać... tak naprawdę przywykła, że banknot albo moneta mogą bardzo wiele problemów załatwić i miała to szczęście, że z pieniędzmi zupełnie nie musiała się liczyć.
I przynajmniej tym razem się nie myliła, bo nikt nie próbował ich zatrzymać.
- Skarbie, mam tylko godzinę, zanim mąż wróci - odparła głośno i marudnie na jego słowa, ani myśląc w tej chwili się oburzać na to, że objął ją w pasie. Po pierwsze, przyjaciele i znajomi obejmowali ją całkiem często, i nigdy się niczego w tym nie doszukiwała - było to może dziwne w rodach czystej krwi, gdzie maniery na takie zachowania rzadko pozwalały, ale ona obracała się w różnym towarzystwie. Po drugie, nie była aż tak durna, by nie wiedzieć, o co mu chodziło...
Niewiele myśląc przyspieszyła, ledwo ich "ofiara" znikła za rogiem i dał się słyszeć szczęk klucza. Nie byli w hotelu sami: ktoś szedł gdzieś piętro niżej, z jakiegoś pokoju dobiegały dźwięki kłótni, na pierwszym piętrze ktoś mówił coś na korytarzu, być może do sprzątaczki. Ale też nie było tu tłumów, a większość ludzi w takich miejscach wolała nie wtykać nosa w nieswoje sprawy.
Kluczem było więc pozbawienie tego gościa różdżki.
- Och, bardzo przepraszam! - wykrzyknęła, wypadając zza rogu i absolutnie celowo wpadając na gościa z impetem. Drzwi do jego pokoju stały już otworem i zderzyli się z nimi. Wyciągnęła ręce, by chwycić za przedramiona, niby to w próbie złapania równowagi, a w rzeczywistości chcąc go przytrzymać na miejscu i utrudnić sięgnięcie po różdżkę. - Zaraz, to pana pokój? Nam też dano klucz do 59!
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.