…przegrali… Z taką myślą otworzył szeroko oczy i usiadł do pionu. Jego rodzina zniknęła, Brenna nie żyje. Został tylko on i Erik, ale sekundę później dotarła do niego ta rzeczywistość. Niechybnie lepsza niż ta ze snów, bo nadal mieli szansę na zwycięstwo. Obślizgła jaskinia, w której mieli znaleźć broń tak potężną, że ludzie tracili zmysły, gdy byli w pobliżu tego miejsca. Trzeba to miejsce pogrzebać, trzeba zwyciężyć, nie wolno pozwolić nikomu umrzeć. Spojrzał w kierunku Brenny, ale jej bezpieczeństwem zajął się Erik i Wood, Dora zajęła się inferiusem atakującym Morpheusa, więc jemu zostały te trzy w dalszym zakątku. Kolejna sekunda; stał już na drżących nogach i celował w trupy swoją różdżkę. Następna sekunda; próbował podnieść trupy w powietrze, a następnie zaatakować je kulą ognia, która powinna je załatwić.
W jaskini zrobiło się gorąco, czuł pot na czole, ale się nim nie przejmował. Miał nadzieję, że nikt nie trafi w nieodpowiednią osobę, że wszyscy wyjdą cali, że nikt nie ucierpi na zdrowiu. Nie chciał też nikogo spalić tutaj żywcem, nie licząc inferiusów. Jego wyobraźnia podsuwała mu wspomnienia z tego jak kiedyś pomagał w opanowaniu jednego ze smoków. Tamto było gorsze i wyszedł tylko z jedną blizną, więc tutaj raczej nie będzie tak źle prawda? Próbował się pocieszyć, próbował myśleć pozytywnie.
Spoiler