04.03.2024, 15:47 ✶
Kiedy byłeś przyzwyczajony, że świat Cię odrzuca za to, że jesteś takim, jakim jesteś, nic dziwnego, że w adaptacji przyjmujesz to za normę. Za fakt zastany. Za to jak ten świat działa i działać będzie. Nic dziwnego, że zachowanie odmienne stawało się inne, a przez to podejrzliwe. Samuel jednak nie był podszyty podstępem, nie zbierał skrupulatnie chwil jej nieporadności, by cisnąć jej nimi w twarz w chwili zaufania i odsłonienia. Nie... On po prostu obyty był bardziej z naturą, niźli społecznością ściśniętą ciasnym gorsetem oczekiwań, zakazów i nakazów. On życia uczył się od małych saren stawiających pierwsze kroki, od pufków turlających się w popłochu, od kughuarów potrafiących zwalić się z drzewa, od tarzających się w trawach hipogryfów. Natura była pełna kontrastów i sprzeczności, ale była wolna. O ileż swobodniej Samuel czuł się w towarzystwie Uli, aniżeli maginii czystej krwi patrzącej z góry na jego brudne, okurzone ręce.
– To nie jest normalne... Ta trawa nigdy nie była aż tak wysoka... – mruknął trochę do siebie, a trochę do niej, ale zaraz się rozpogodził, widząc, że ciągnie ją do wyciągnięcia się pośród słodkiego, ociekającego nektarem kwiecia. Skinął głową, choć nie prosiła go o pozwolenie, przywykł jednak do tych gestów, cichej aprobaty wobec kaprysu jego najbliższych towarzyszek – dwóch kóz, które stały teraz wczepione przy chacie.
Z kieszeni wyciągnął scyzoryk i różdżkę, skupiając się na przepływie energii, przekonał narzędzie, że dalej jest ostrzem, jednak podłużnym o księżycowatym kształcie. Złapał mocno sierp sprawdzając jego wyważenie z zadowoleniem. Jego kasztanowa różdżka powędrowała do kieszenie, ale coraz mocniej łapał się na tym, że było to bardzo niepraktyczne rozwiązanie. Słyszał plotki o magii bezróżdżkowej, ale nie do końca dawał im wiarę.
– Odpocznij, ja jeszcze dzisiaj nic nie zrobiłem, więc porżnę trochę, tylko pokaż mi skąd, tak aby zostawić Twoje ulubione miejsca.– zaproponował i rzeczywiście poszedł robić we wskazane miejsca.
– Skąd jesteś w ogóle? Hszyszosztof..ik to brzmi bardzo... mm... szeleszcząco. Jesteś słowianką? Moja mama mówiła po rosyjsku i to brzmiało podobnie. – podjął, zakładając, że rozmowa może trochę umilić Uli czas, pogładzić jej niepewność, ukoić nerwy przebywania z nieznajomym w jednej przestrzeni.
– To nie jest normalne... Ta trawa nigdy nie była aż tak wysoka... – mruknął trochę do siebie, a trochę do niej, ale zaraz się rozpogodził, widząc, że ciągnie ją do wyciągnięcia się pośród słodkiego, ociekającego nektarem kwiecia. Skinął głową, choć nie prosiła go o pozwolenie, przywykł jednak do tych gestów, cichej aprobaty wobec kaprysu jego najbliższych towarzyszek – dwóch kóz, które stały teraz wczepione przy chacie.
Z kieszeni wyciągnął scyzoryk i różdżkę, skupiając się na przepływie energii, przekonał narzędzie, że dalej jest ostrzem, jednak podłużnym o księżycowatym kształcie. Złapał mocno sierp sprawdzając jego wyważenie z zadowoleniem. Jego kasztanowa różdżka powędrowała do kieszenie, ale coraz mocniej łapał się na tym, że było to bardzo niepraktyczne rozwiązanie. Słyszał plotki o magii bezróżdżkowej, ale nie do końca dawał im wiarę.
– Odpocznij, ja jeszcze dzisiaj nic nie zrobiłem, więc porżnę trochę, tylko pokaż mi skąd, tak aby zostawić Twoje ulubione miejsca.– zaproponował i rzeczywiście poszedł robić we wskazane miejsca.
– Skąd jesteś w ogóle? Hszyszosztof..ik to brzmi bardzo... mm... szeleszcząco. Jesteś słowianką? Moja mama mówiła po rosyjsku i to brzmiało podobnie. – podjął, zakładając, że rozmowa może trochę umilić Uli czas, pogładzić jej niepewność, ukoić nerwy przebywania z nieznajomym w jednej przestrzeni.