Niesamowicie zagotowało się w nim, gdy wspomniała o "dawaniu tego, czego chciał". Brzmiała zupełnie tak, jak gdyby nadzieja wcale nie umarła. Biczował się teraz okrutnie, żeby nie pociągnąć tej konwersacji w niepowołane miejsca. Upragnione miejsca, ale zakazane.
Była tak blisko, gdy odpalała mu papierosa. Wraz z iskrą pojawił się dym i charakterystyczny zapach. To był jej zapach. Nie znał wielu palaczy, więc instynktownie kojarzył go z Geraldine. On i Gio. I to jeszcze przed Beltane, ale teraz aromat ten nabrał nowego wyrazu. Pochłanianie kłębów dymu było jedyną możliwością Jonathana na doświadczenie jej smaku. Chociaż twarz musiał mieć zwróconą ku niej, usilnie unikał kontaktu wzrokowego.
Poczuł ciepłą dłoń wsuwającą się w jego. Niemal upuścił papierosa z drugiej dłoni. Chciała go uspokoić, ale wywołała odwrotny efekt.
— Nie, zdecydowanie nie. I co ty teraz robisz, co? Czemu mi to robisz? — Postanowił uwolnić się z dotyku jej dłoni. — Dobrze widzisz, że mnie ta sytuacja wkurza, a jeszcze mnie podburzasz.
Zaciągnął się mocno.
— A jedyna wiedza, jaką bym chciał ewentualnie zdobyć, to jak inni z tą przypadłością sobie radzą...
Ale nie mógł. Wszelki kontakt z autorami artykułów o zaburzeniu dysocjacyjnym tożsamości to jak uderzanie o ścianę. Nie mogli zdradzać tożsamości swoich pacjentów. Ogłoszenia w gazecie? Nikt nie chciał się przyznać. Giovanni co jakiś czas publikował je ponownie w mugolskich czasopismach. I za każdym razem zwierzał się Geraldine ile to jeszcze trzeba zrobić, żeby choroby psychiczne przestały być tematem tabu. Jonathan również chętnie poznałby kogoś podobnego do nich. I wciąż mieli nadzieję, że to kiedyś nastąpi.
— Może po prostu zakończmy to spotkanie i udajmy, że nic się nie wydarzyło. Nie chcę, żebyś następnym razem patrzyła na mnie ze współczuciem, czy mówiła inne teksty typu "o, będę cię wspierać". Jak chcesz mnie wspierać to następnym razem zakryj się bardziej i nie dotykaj mnie... — Westchnął. — Albo chociaż nie noś takich sukienek... Ta tutaj to chyba najgorsza możliwa opcja w tej sytuacji... Ale, hej, to nie tak, że cię o cokolwiek oskarżam, dobra? Po prostu bardzo źle się złożyło i tyle.
[a]Czuł się strasznie mówiąc takie rzeczy, ale wolał jednak ustalić pewne zasady. Teraz byli na ulicy. Ale gdyby tą rozmowę prowadzili samotnie, siedząc na jednej kanapie... Zapewne wyrzuciłby fakt istnienia Gio daleko w zapomnienie, zaraz obok całej wiedzy z Hogwartu.