Już wiedział, jak się to potoczy. Pójdzie z nią zapierając się, że idzie dla towarzystwa, żeby jej przypilnować i tak dalej. A potem i tak to ona będzie musiała odprowadzać go do domu.
Nie chciał już słuchać kolejnych słów Geraldine, które tylko mieszały mu w głowie. Ale uszy same nadstawiły się, gdy został skomplementowany. Mózg już nie działał. Jo był pochwalony. Jo był dobrym chłopcem. Jo merdał ogonkiem.
Roześmiał się z jej groźby. Momentalnie opadł z niego cały ponury nastrój. Kwiczał, jakby wcale nie byli w trakcie poważnej konwersacji okraszonej kłótnią. Jakby był to jeden z wielu wypadów na miasto, podczas którego uwielbiali droczyć się ze sobą.
— Ty to jesteś. — Trącił ją zawadiacko łokciem. — Dobra, chodź pić. Ja nie będę pił, ale ktoś musi mieć na ciebie oko. No dalej, nie chcę dłużej stać pod tym kinem, wciąż tu krążą jacyś zboczeńcy, którzy świadomie się wybrali na ten chłam. Ale ja się Tomowi odwdzięczę, będzie żałował, że się obudził.
Machnął ręką dając Yaxley znać, żeby się ruszyła. On już zaczął przebierać nogami wzdłuż ulicy, chcąc wstąpić do pierwszego lepszego napotkanego baru.
Czy klimat rozmowy tak szybko z niego zszedł? Trochę tak. Był prostym człowiekiem i emocjonalnym inwalidą. Ale to wszystko jeszcze do niego wróci, zapewne wraz z pierwszym łykiem alkoholu.