09.12.2022, 00:22 ✶
Czasem tak jakoś bywało, że występował gdzieś błąd w komunikacji i intencje oraz przesłanie płynące od jednej osoby pozostawały całkowicie niezrozumiane przez odbiorcę. Niestety, bowiem gdyby nie dochodziło do takich nieporozumień, a każdy łapałby wszystko w lot, dałoby się oszczędzić wszystkim wielu scysji. Język jednakże nie był doskonałym narzędziem, więc czy tego się chciało czy nie… wychodziło różnie.
- … a. Aaa! – załapała po krótkiej chwili zawieszenia i przetrawiania otrzymanej od Patricka informacji – Ale nie no, coś słyszałam, że słodkie, tylko po prostu niezbyt sam cukier... – wytłumaczyła dość mętnie. Czyli, po mugolsku rzecz ujmując, coś dzwoniło, ale nie wiadomo, w którym kościele.
- Właściwie to jestem trochę ich ciekawa... – zaoponowała słabo przeciwko sugestii Brenny. Tyle że jednak należało brać poprawkę na pecha Patricka i po prostu nie kusić losu, więc koniec końców metaforycznie machnęła na to ręką – Albo może jednak faktycznie nie – zgodziła się z kuzynką. Czasem lepiej nie przeciągać struny i nie sprawdzać, ile taka była w stanie wytrzymać, zanim pęknie. W zasadzie to najlepiej, żeby wcale nie pękała.
- Szyszka? Nie no, weź zostaw, można prze… och – urwała, odkrywając, iż zdecydowanie nie zdążyła przekonać mężczyzny co do tego, by zatrzymać wygraną. Niby mizerną, ale zawsze wygraną; poza tym artystyczna część duszy Mavelle jęczała, że przecież można było jej użyć jako ozdoby – Na brodę Merlina, Patrick, zaraz pomyślę, że może lepiej zamknąć cię dziś w domu. Choć pewnie i wtedy byś sobie coś zrobił – prawie się załamała, kręcąc tylko głową nad Pechowcem Dnia. Jeśli nie Miesiąca – I może lepiej mi oddaj tę szyszkę…? – podrapała się po karku, rozważając szybko sytuację. Znaczy tak, nie podejrzewała Brenny o nierozsądek w postaci rzucania szyszką na oślep, skoro efekty były, jakie były, ale jakoś tak… chyba po prostu czułaby się bezpieczniej, samodzielnie sprawując nad nią pieczę.
- Hej, Bren. Czekoladowe gały? – zasugerowała, wskazując głową jeden ze straganów. Powinny spełniać kryteria ciasteczek! I zaraz o nich zapomniała, bowiem w polu widzenia pojawił się ich cel – stragan z piwem kremowym. Toteż niewiele myśląc ujęła swoje towarzystwo pod rękę – każde z dwójki pod osobną, rzecz jasna – i pociągnęła w odpowiednim kierunku.
- W sumie ja stawiam – uznała tonem sugerującym, iż sprzeciw nie jest wskazany – Małe, duże? – dopytała jeszcze, gotowa od razu złożyć zamówienie. No, nie tak od razu – trzeba było chwilę poczekać, bo niestety!, zrobiła się mała kolejka.
- … a. Aaa! – załapała po krótkiej chwili zawieszenia i przetrawiania otrzymanej od Patricka informacji – Ale nie no, coś słyszałam, że słodkie, tylko po prostu niezbyt sam cukier... – wytłumaczyła dość mętnie. Czyli, po mugolsku rzecz ujmując, coś dzwoniło, ale nie wiadomo, w którym kościele.
- Właściwie to jestem trochę ich ciekawa... – zaoponowała słabo przeciwko sugestii Brenny. Tyle że jednak należało brać poprawkę na pecha Patricka i po prostu nie kusić losu, więc koniec końców metaforycznie machnęła na to ręką – Albo może jednak faktycznie nie – zgodziła się z kuzynką. Czasem lepiej nie przeciągać struny i nie sprawdzać, ile taka była w stanie wytrzymać, zanim pęknie. W zasadzie to najlepiej, żeby wcale nie pękała.
- Szyszka? Nie no, weź zostaw, można prze… och – urwała, odkrywając, iż zdecydowanie nie zdążyła przekonać mężczyzny co do tego, by zatrzymać wygraną. Niby mizerną, ale zawsze wygraną; poza tym artystyczna część duszy Mavelle jęczała, że przecież można było jej użyć jako ozdoby – Na brodę Merlina, Patrick, zaraz pomyślę, że może lepiej zamknąć cię dziś w domu. Choć pewnie i wtedy byś sobie coś zrobił – prawie się załamała, kręcąc tylko głową nad Pechowcem Dnia. Jeśli nie Miesiąca – I może lepiej mi oddaj tę szyszkę…? – podrapała się po karku, rozważając szybko sytuację. Znaczy tak, nie podejrzewała Brenny o nierozsądek w postaci rzucania szyszką na oślep, skoro efekty były, jakie były, ale jakoś tak… chyba po prostu czułaby się bezpieczniej, samodzielnie sprawując nad nią pieczę.
- Hej, Bren. Czekoladowe gały? – zasugerowała, wskazując głową jeden ze straganów. Powinny spełniać kryteria ciasteczek! I zaraz o nich zapomniała, bowiem w polu widzenia pojawił się ich cel – stragan z piwem kremowym. Toteż niewiele myśląc ujęła swoje towarzystwo pod rękę – każde z dwójki pod osobną, rzecz jasna – i pociągnęła w odpowiednim kierunku.
- W sumie ja stawiam – uznała tonem sugerującym, iż sprzeciw nie jest wskazany – Małe, duże? – dopytała jeszcze, gotowa od razu złożyć zamówienie. No, nie tak od razu – trzeba było chwilę poczekać, bo niestety!, zrobiła się mała kolejka.
382/1183