04.03.2024, 20:48 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.03.2024, 20:49 przez Samuel McGonagall.)
Na prośbę o pozostanie, fuknął tylko lekko nosem i skinął głową na znak, że rozumie i nie odchodzi. Pomógł mu pić, a gdy jego nieoczekiwany gość pośród tej mroźnej zamieci miał już dość, sam przyłożył usta do wrót glinianego naczynia. Ciepło choć złudne, nie było poparte ciepłem, które rozchodziło się po izbie, nie było złudą wobec gorąca kołder i futer otaczających jak kokon zmarzniętego motyla.
– Żyj. Świat byłby smutniejszym miejscem bez Ciebie – odpowiedział z prostotą, na wskroś szczerze, nawet jeśli nie chciał się przyznawać, że zdarzało mu się widzieć ów eteryczną istotę latem pośród mchów i miększych polan Kniei. Czujne sokole oko teraz jednak było zamienione na ludzkie, chłodne błękitem, ocieplanym ramą miękkiej skóry, której wgłębienia czasu dopiero zaczynały postępować wokół oczu.
Na moment zamilkł, nie bojąc się ciszy, sycąc się obecnością kogokolwiek w domu, który od lat nie widział nikogo poza Samuelem i okazjonalnie jego przyjaciółką z miasteczka. Teraz jednak było to inne, nowe. Mężczyzna, na pół zdziczały osamotnieniem, nieświadom nawet jak bardzo spragniony jest cudzego dotyku i obecności, siedział spokojny, przypatrując się z troską i zaciekawieniem Lysandrowi. Po chwili trwającej wieczność czy dwie, położył otwartą, sękatą drewnem dłoń na jego czole, czyniąc tę chwilę na wskroś rzeczywistą. Pachniał popiołem i żywicą sosnową, która wyraźnie przebijała się przez kremową woń serowej zupy i lekko kwaskowaty zapach postukujących o ściany porożem kóz.
Przeglądali się w swoich oczach, jak nieboskłon zagląda w przestwór spokojnego oceanu, okraszonego krwistą czerwienią zachodzącego za horyzontem słońca. Dwa błękity miękko opadające na siebie zdawały się być puchowo różowawe, w zmęczeniu i uldze ocalenia.
– Jestem już szczęśliwy. Bałem się, że się nie obudzisz. W taką noc, jak ta, nie miałbym jak szukać dla Ciebie pomocy – przyznał, nie bacząc na to, czy wieści te przerażą, czy staną się początkiem współradości, świeta życia, które chwile temu obchodzone było w lśniących światełkach Saturnaliów.
– Mieszkasz w Dolinie, prawda? – Samuel nie był medykiem, znał się na pomocy zwierzętom, ale też po sobie wiedział, że nie ma zbyt dużej różnicy między ssakami. Kilka detali, kępka futra, czasem dodatkowy żołądek, czy inaczej zakończona kończyna. Drobnostka. – Podniosę się teraz, ale wrócę z zupą. Spróbuj nie zasnąć. Opowiedz... opowiedz mi o sobie.– szeptał cicho, jak zwykle mówił zwierzętom. Z tym wyjątkiem, że to on tkał ich futrzane życie, w dotyku i tembrze głosu niosąc im zapewnienie bezpieczeństwa. Teraz jednak Motyl mógł mówić sam za siebie. Mógł podzielić się nawet swoim imieniem, jeśli miałby na to chęć. Sam miał w sobie wiele cierpliwości dla kniejowego ludku. Dlatego też czekał na przyzwolenie, a gdy tylko je dostał choćby i skinieniem głowy, ruszył wykradać kociołkowi tłustą polewkę, mającą dać siły naturalnym kolejom rekonwalescencji.
– Żyj. Świat byłby smutniejszym miejscem bez Ciebie – odpowiedział z prostotą, na wskroś szczerze, nawet jeśli nie chciał się przyznawać, że zdarzało mu się widzieć ów eteryczną istotę latem pośród mchów i miększych polan Kniei. Czujne sokole oko teraz jednak było zamienione na ludzkie, chłodne błękitem, ocieplanym ramą miękkiej skóry, której wgłębienia czasu dopiero zaczynały postępować wokół oczu.
Na moment zamilkł, nie bojąc się ciszy, sycąc się obecnością kogokolwiek w domu, który od lat nie widział nikogo poza Samuelem i okazjonalnie jego przyjaciółką z miasteczka. Teraz jednak było to inne, nowe. Mężczyzna, na pół zdziczały osamotnieniem, nieświadom nawet jak bardzo spragniony jest cudzego dotyku i obecności, siedział spokojny, przypatrując się z troską i zaciekawieniem Lysandrowi. Po chwili trwającej wieczność czy dwie, położył otwartą, sękatą drewnem dłoń na jego czole, czyniąc tę chwilę na wskroś rzeczywistą. Pachniał popiołem i żywicą sosnową, która wyraźnie przebijała się przez kremową woń serowej zupy i lekko kwaskowaty zapach postukujących o ściany porożem kóz.
Przeglądali się w swoich oczach, jak nieboskłon zagląda w przestwór spokojnego oceanu, okraszonego krwistą czerwienią zachodzącego za horyzontem słońca. Dwa błękity miękko opadające na siebie zdawały się być puchowo różowawe, w zmęczeniu i uldze ocalenia.
– Jestem już szczęśliwy. Bałem się, że się nie obudzisz. W taką noc, jak ta, nie miałbym jak szukać dla Ciebie pomocy – przyznał, nie bacząc na to, czy wieści te przerażą, czy staną się początkiem współradości, świeta życia, które chwile temu obchodzone było w lśniących światełkach Saturnaliów.
– Mieszkasz w Dolinie, prawda? – Samuel nie był medykiem, znał się na pomocy zwierzętom, ale też po sobie wiedział, że nie ma zbyt dużej różnicy między ssakami. Kilka detali, kępka futra, czasem dodatkowy żołądek, czy inaczej zakończona kończyna. Drobnostka. – Podniosę się teraz, ale wrócę z zupą. Spróbuj nie zasnąć. Opowiedz... opowiedz mi o sobie.– szeptał cicho, jak zwykle mówił zwierzętom. Z tym wyjątkiem, że to on tkał ich futrzane życie, w dotyku i tembrze głosu niosąc im zapewnienie bezpieczeństwa. Teraz jednak Motyl mógł mówić sam za siebie. Mógł podzielić się nawet swoim imieniem, jeśli miałby na to chęć. Sam miał w sobie wiele cierpliwości dla kniejowego ludku. Dlatego też czekał na przyzwolenie, a gdy tylko je dostał choćby i skinieniem głowy, ruszył wykradać kociołkowi tłustą polewkę, mającą dać siły naturalnym kolejom rekonwalescencji.