— Nie wątpię, że miałaś. Pewnie jak polujesz na potwory i znajdziesz ich odchody to wsadzasz w to palec i liżesz, żeby sprawdzić, kiedy zostało zrobione i czy potwór wciąż jest blisko — rzucił typowym dla siebie rynsztokowym humorem i zaczął kasłać ze śmiechu. Czasami ciężko było przewidzieć, co go rozbawi, ale żarty na poziomie "kupa siku" najczęściej miały sto procent szans powodzenia.
— No więc... hm... — Pomlaskał kilka razy tak, jak to robią ci elitarni winiarze. — Trochę szczyny, ale ujdzie.
Odruchowo wlał w siebie kolejny łyk, tak się składało, że autentycznie zapomniał o swoim postanowieniu. Tak jakby w ogóle miał zamiar się pilnować.
Bitwę na spojrzenia wygrała Geraldine. Jonathan musiał w pewnym momencie odwrócić głowę, jak gdyby właśnie teraz pragnął rozejrzeć się po lokalu. Ale zdradził go rumieniec, który pomimo ograniczonego światła, był widoczny.
Kolejny spory łyk. Postukał palcami po blacie.
— Ale nie mów o niczym Gio, dobra? Przecież możemy mieć sprawy tylko między mną a tobą. Sama mówiłaś, że jestem osobnym bytem. On nie musi wszystkiego wiedzieć, co nie? — Zerknął na nią wyczekująco. Miał nadzieję, że kobieta nie odkryje wszystkiego, co chciał przez to powiedzieć. A jednocześnie bardzo chciał, aby odgadła, do czego zmierza.