05.03.2024, 00:18 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.03.2024, 01:33 przez Ulysses Rookwood.)
Czasem na sabatach widywałam goblina. Och, a więc w ten sposób… Ulysses odwrócił głowę, żeby ukryć zawstydzenie, które pojawiło się na jego twarzy. Wiedział, że odstawał towarzysko, ale w tym momencie, nawet jemu wydało się, że aż za bardzo. Że też nie skojarzył tego przeklętego, rozdającego brudne majtki i kulki analne w ramach nagród goblina z tym, o czym mówiła Eunice. W jego głowie cyrk przypominał bardziej wesołe miasteczko…
A tu w opowieści narzeczonej pojawił się jakiś pokaz rzucania nożami. Zamrugał, głęboko skonsternowany samą sugestią, że ktoś miałby rzucać w kogoś nożem. Przecież to było niebezpiecznie.
- A mi się wydawało, że będziemy oglądać pokaz słoni, przeskakującego przez płonącą obręcz tygrysa, wyciąganie królika z kapelusza, nieśmiesznego klauna i chodzących po linach akrobatów – odpowiedział i nawet posłał Eunice coś na kształt słabego uśmiechu, bardziej przypominającego mało przyjazny grymas niż wesołość. Chrząknął, starając się nadać swojemu głosowi przyjemniejszą barwę.
Ściskana dłoń narzeczonej ciążyła mu niemiłosiernie. A jednak, zamiast puścić ją (chwilę wcześniej przecież sam ją złapał), przesunął kciukiem po wnętrzu jej dłoni. Myślał o dotyku, o fizycznej bliskości, która miała ich w przyszłości połączyć. Chciał, żeby to co między nimi miało być, zrodziło się naturalnie, nie było wymuszone lub na siłę. Być może nie kochał swojej towarzyszki (a ona nie kochała go), ale chciał przynajmniej dać jej poczucie bezpieczeństwa i świadomość, że była dla niego kimś ważnym.
Z niezrozumiałych dla siebie powodów zamówił największe opakowanie popcornu z karmelem, jakie tylko miał sprzedawca, a potem wręczył go Eunice.
- Oczywiście, że wolę zdążyć – zaprzeczył szczerze. Pewnie, że chciał zdążyć. Tak samo, jak chciał, by ich randka, tak różna od tej, którą spędzili razem w filharmonii, była tym razem choć trochę bardziej spontaniczna.
Wciąż trzymając narzeczoną za rękę, szedł z nią w kierunku wejścia do cyrku. Pokazał ich bilety bileterowi, a potem skierowali się ku wykupionym miejscom. Ulysses prowadził Eunice między ludźmi, którzy już zajęli miejsca, ku tym, które były na ich biletach.
- Hm, wydawało mi się, że na tych niżej lepiej widać całą arenę – powiedział do swojej towarzyszki. – Nie przewidziałem tylko, że rzeczywiście są aż tak blisko tego, co się będzie rozgrywało i no… zwierząt – tu się lekko skrzywił. Odruchowo zaczął myśleć o tym, że zwierzęta jak to zwierzęta… śmierdziały.
Zaledwie kilka minut po tym, jak rozsiedli się wygodnie na swoich miejscach, rozpoczęło się przedstawienie cyrkowe. I tu Rookwood musiał przyznać, że chociaż cyrk był miejscem, które nadmiernie oddziaływało na jego mózg, to robiło pewne wrażenie.
Najpierw ściemniło się i gdzieś z tyłu, z widowni, rozległo się kilka pojedynczych krzyków, potem na arenę wyszedł dyrektor cyrku. Snop światła podążał za nim, gdy szedł na sam środek, gdy machał długą batutą i krzyczał do mikrofonu, zapowiadając atrakcje, które miały ich tego wieczoru spotkać.
A tu w opowieści narzeczonej pojawił się jakiś pokaz rzucania nożami. Zamrugał, głęboko skonsternowany samą sugestią, że ktoś miałby rzucać w kogoś nożem. Przecież to było niebezpiecznie.
- A mi się wydawało, że będziemy oglądać pokaz słoni, przeskakującego przez płonącą obręcz tygrysa, wyciąganie królika z kapelusza, nieśmiesznego klauna i chodzących po linach akrobatów – odpowiedział i nawet posłał Eunice coś na kształt słabego uśmiechu, bardziej przypominającego mało przyjazny grymas niż wesołość. Chrząknął, starając się nadać swojemu głosowi przyjemniejszą barwę.
Ściskana dłoń narzeczonej ciążyła mu niemiłosiernie. A jednak, zamiast puścić ją (chwilę wcześniej przecież sam ją złapał), przesunął kciukiem po wnętrzu jej dłoni. Myślał o dotyku, o fizycznej bliskości, która miała ich w przyszłości połączyć. Chciał, żeby to co między nimi miało być, zrodziło się naturalnie, nie było wymuszone lub na siłę. Być może nie kochał swojej towarzyszki (a ona nie kochała go), ale chciał przynajmniej dać jej poczucie bezpieczeństwa i świadomość, że była dla niego kimś ważnym.
Z niezrozumiałych dla siebie powodów zamówił największe opakowanie popcornu z karmelem, jakie tylko miał sprzedawca, a potem wręczył go Eunice.
- Oczywiście, że wolę zdążyć – zaprzeczył szczerze. Pewnie, że chciał zdążyć. Tak samo, jak chciał, by ich randka, tak różna od tej, którą spędzili razem w filharmonii, była tym razem choć trochę bardziej spontaniczna.
Wciąż trzymając narzeczoną za rękę, szedł z nią w kierunku wejścia do cyrku. Pokazał ich bilety bileterowi, a potem skierowali się ku wykupionym miejscom. Ulysses prowadził Eunice między ludźmi, którzy już zajęli miejsca, ku tym, które były na ich biletach.
- Hm, wydawało mi się, że na tych niżej lepiej widać całą arenę – powiedział do swojej towarzyszki. – Nie przewidziałem tylko, że rzeczywiście są aż tak blisko tego, co się będzie rozgrywało i no… zwierząt – tu się lekko skrzywił. Odruchowo zaczął myśleć o tym, że zwierzęta jak to zwierzęta… śmierdziały.
Zaledwie kilka minut po tym, jak rozsiedli się wygodnie na swoich miejscach, rozpoczęło się przedstawienie cyrkowe. I tu Rookwood musiał przyznać, że chociaż cyrk był miejscem, które nadmiernie oddziaływało na jego mózg, to robiło pewne wrażenie.
Najpierw ściemniło się i gdzieś z tyłu, z widowni, rozległo się kilka pojedynczych krzyków, potem na arenę wyszedł dyrektor cyrku. Snop światła podążał za nim, gdy szedł na sam środek, gdy machał długą batutą i krzyczał do mikrofonu, zapowiadając atrakcje, które miały ich tego wieczoru spotkać.