05.03.2024, 01:57 ✶
—15/06/1972—
Grimmauld Place 12, Aleja Horyzontalna
Rabastan Lestrange & Bellatriks Black, Ulysses Rookwood
Tryb życia Rabastana znacząco zwolnił w ostatnich tygodniach, a wszystkiemu była winna fala gorąca, jaka przetaczała się obecnie przez Londyn. Chociaż prawdziwe wakacje miały zacząćsię dopiero pod koniec miesiąca, gdy uczniowie Hogwartu wyleją się z Peronu 9 i 3/4, tak pogoda zdawała się o tym zapominać, nagrzewając miasto do czerwoności. A Lestrange'owi robiło się słabo na samą myśl, że miałby spędzić, chociaż kilka godzin na tym słońcu.
Na szczęście wieczorami pracował w rozgłośni radiowej, a przedpołudnia spędzał w swoim pokoju, odsypiając nocki, więc jego ''dzień'' i tak zaczynał się między godziną szesnastą a siedemnastą, kiedy to straumatyzowany obudzeniem przez domowego skrzata przebierał się w normalne ciuchy i schodził na śniadanie. Tak też było i tego dnia. I tak nie miał za wiele do roboty, więc z radością przyjął zaproszenie od Trixie na herbatę. Zwłaszcza że miał się tam zjawić jakiś gość specjalny!
Korzystając ze sposobności, Rabastan wybłagał od ojca, aby ten pozwolił mu wziąć karocę. Czy naprawdę chciał, aby w tych czasach jego rodzony syn podróżował na piechotę przez ulice magicznego Londynu? Co jeśli ktoś go napadnie lub gorzej... Zasłabnie w drodze do przyjaciółki? Reynard zdecydowanie nie chciał widzieć własnego syna na oddziale w Szpitalu św. Munga, toteż pozwolił mu zabrać pojazd.
Czarodziej odprawił kierowcę, gdy wyskoczył z powozu na chodnik przed Grimmauld Place. Na ramieniu przysiadł jego nieodłączny kruczy towarzysz Edgar. W gruncie rzeczy Lestrange nie wyróżniał się zbytnio z tłumu. Z racji tego, że było to prywatne spotkanie, postawił na prostotę: nie zmienił swojego wyglądu przy pomocy metamorfomagii, a jedynie przywdział ciemne dopasowane spodnie, białą koszulę, a na nią zarzucił ciemną marynarkę. W gruncie rzeczy jedynym elementem, jaki przykuwał oko w jego przypadku była czapka w krowie łaty i męska apaszka w tym samym schemacie kolorystycznym.
— No już, już! — Pogłaskał swojego ptaszora po łebku, pukając parokrotnie do drzwi kamienicy swej przyjaciółki. — Wiem, że cię nie nakarmiłem, ale Bella na pewno ma jakieś ziarno. A jak nie to poślemy skrzata, żeby zrobiły dla ciebie małe zakupy.
Nie miał zamiaru zostawiać Edgara na zewnątrz. Ludzie nie powinni w te gorąco wychodzić z domu, a co dopiero mowa o zwierzętach. Kruk przysiądzie sobie na parapecie czy szafie panny Black i wszystko będzie w jak najlepszym porządku. Rabastan raz jeszcze zapukał do drzwi, a te wtedy uchyliły się z cichym trzaskiem, wpuszczając go do środka. Pewnie skrzat. Czarodziej wkroczył do środka, podążając od razu w stronę schodów prowadzących na piętro.
— Belle? — rzucił ni to głośnym, ni to cichym głosem, nie wiedząc, czy rodzice dziewczyny byli w domu.
Na szczęście wieczorami pracował w rozgłośni radiowej, a przedpołudnia spędzał w swoim pokoju, odsypiając nocki, więc jego ''dzień'' i tak zaczynał się między godziną szesnastą a siedemnastą, kiedy to straumatyzowany obudzeniem przez domowego skrzata przebierał się w normalne ciuchy i schodził na śniadanie. Tak też było i tego dnia. I tak nie miał za wiele do roboty, więc z radością przyjął zaproszenie od Trixie na herbatę. Zwłaszcza że miał się tam zjawić jakiś gość specjalny!
Korzystając ze sposobności, Rabastan wybłagał od ojca, aby ten pozwolił mu wziąć karocę. Czy naprawdę chciał, aby w tych czasach jego rodzony syn podróżował na piechotę przez ulice magicznego Londynu? Co jeśli ktoś go napadnie lub gorzej... Zasłabnie w drodze do przyjaciółki? Reynard zdecydowanie nie chciał widzieć własnego syna na oddziale w Szpitalu św. Munga, toteż pozwolił mu zabrać pojazd.
Czarodziej odprawił kierowcę, gdy wyskoczył z powozu na chodnik przed Grimmauld Place. Na ramieniu przysiadł jego nieodłączny kruczy towarzysz Edgar. W gruncie rzeczy Lestrange nie wyróżniał się zbytnio z tłumu. Z racji tego, że było to prywatne spotkanie, postawił na prostotę: nie zmienił swojego wyglądu przy pomocy metamorfomagii, a jedynie przywdział ciemne dopasowane spodnie, białą koszulę, a na nią zarzucił ciemną marynarkę. W gruncie rzeczy jedynym elementem, jaki przykuwał oko w jego przypadku była czapka w krowie łaty i męska apaszka w tym samym schemacie kolorystycznym.
— No już, już! — Pogłaskał swojego ptaszora po łebku, pukając parokrotnie do drzwi kamienicy swej przyjaciółki. — Wiem, że cię nie nakarmiłem, ale Bella na pewno ma jakieś ziarno. A jak nie to poślemy skrzata, żeby zrobiły dla ciebie małe zakupy.
Nie miał zamiaru zostawiać Edgara na zewnątrz. Ludzie nie powinni w te gorąco wychodzić z domu, a co dopiero mowa o zwierzętach. Kruk przysiądzie sobie na parapecie czy szafie panny Black i wszystko będzie w jak najlepszym porządku. Rabastan raz jeszcze zapukał do drzwi, a te wtedy uchyliły się z cichym trzaskiem, wpuszczając go do środka. Pewnie skrzat. Czarodziej wkroczył do środka, podążając od razu w stronę schodów prowadzących na piętro.
— Belle? — rzucił ni to głośnym, ni to cichym głosem, nie wiedząc, czy rodzice dziewczyny byli w domu.