05.03.2024, 14:49 ✶
Wyglądałoby to na pewno dobrze, gdyby można było na wstępie powiedzieć, że Terry był cierpliwym człowiekiem. Ale nie. Nie był. Użeranie się z mniej lub bardziej problematycznymi klientami na pewno mogłoby być dobrym treningiem cierpliwości, ale... też nie. Nie było. A klient, którego zastał w sklepie Malfoy, mógłby niewątpliwie znaleźć się w czołówce tych bardziej problematycznych. Gorzej. Był to klient niezadowolony, a to z marszu dawało mu przewagę w tym rankingu. Dodatkowe punkty za brak umiejętności słuchania i chęci jakiejkolwiek współpracy. Tkwił przy ladzie już od dłuższego czasu, a jedyne, co udało im się osiągnąć to fakt, że zarówno on, jak i Terry mówili coraz bardziej podniesionymi i poirytowanymi głosami.
Malfoya w pierwszej chwili nawet nie zauważył. W kolejnej zaś, kiedy ten odezwał się, Trelawney... uśmiechnął się. I to już powinno zaalarmować gościa lub w jakiś sposób przygotować na to, że już za moment zostanie wciągnięty w coś, co niekoniecznie miało się mu spodobać. Bo przecież Terry nie miał w zwyczaju uśmiechać się na widok Malfoya. Owszem, zdarzało mu się znacząco odkaszlnąć - co zwykle brzmiało łudząco podobnie do "Regina" - mimochodem wysnuć przypuszczenie, że któryś z eliksirów musiał się popsuć i to za jego sprawą w sklepie zaczynało pachnieć niczym w perfumerii, ewentualnie po prostu wymownie wywrócić oczami. Ale na pewno nie zdarzało mu się uśmiechać.
Co gorsza, nie powinno być wątpliwości, że owszem, uśmiechał się właśnie na widok Malfoya - a nie czegoś, co mogłoby znajdować się na przykład za plecami blondyna. Wyszedł nawet zza lady, podchodząc do Renigalda i bezceremonialne podprowadził go bliżej niezadowolonego klienta.
- Świetnie, że jesteś, pan chciał z tobą porozmawiać - czy właśnie kompletnie zignorował kierowane do niego pytanie? Oczywiście. Czy klient faktycznie chciał rozmawiać właśnie z Malfoyem? Absolutnie nie. Ale Terry nie chciał rozmawiać z nim, a jemu samemu chyba nie robiło już większej różnicy, z kim właściwie miałby rozmawiać.
- Ten idiota wcisnął mi w zeszłym tygodniu jakiś cholerny bubel - na potwierdzenie swoich słów, mężczyzna pomachał Malfoyowi przed nosem jakimś wisiorkiem. W tym samym czasie ze strony Terry'ego, który właśnie taktycznie kierował się ku zapleczu, można było usłyszeć mruknięcie, które zabrzmiało mniej więcej jak stwierdzenie, że facet sam był idiotą.
- Podobno miało pomagać na... na różne takie dolegliwości. Gówno prawda, nie pomaga na nic. Chcę dostać z powrotem swoje pieniądze! - wisiorek wciąż dyndał przed nosem blondyna, a klient ewidentnie był już na skraju swojej cierpliwości. Nic zresztą dziwnego, wcześniej spędził dłuższą chwilę na sprzeczce z Terrym...
Malfoya w pierwszej chwili nawet nie zauważył. W kolejnej zaś, kiedy ten odezwał się, Trelawney... uśmiechnął się. I to już powinno zaalarmować gościa lub w jakiś sposób przygotować na to, że już za moment zostanie wciągnięty w coś, co niekoniecznie miało się mu spodobać. Bo przecież Terry nie miał w zwyczaju uśmiechać się na widok Malfoya. Owszem, zdarzało mu się znacząco odkaszlnąć - co zwykle brzmiało łudząco podobnie do "Regina" - mimochodem wysnuć przypuszczenie, że któryś z eliksirów musiał się popsuć i to za jego sprawą w sklepie zaczynało pachnieć niczym w perfumerii, ewentualnie po prostu wymownie wywrócić oczami. Ale na pewno nie zdarzało mu się uśmiechać.
Co gorsza, nie powinno być wątpliwości, że owszem, uśmiechał się właśnie na widok Malfoya - a nie czegoś, co mogłoby znajdować się na przykład za plecami blondyna. Wyszedł nawet zza lady, podchodząc do Renigalda i bezceremonialne podprowadził go bliżej niezadowolonego klienta.
- Świetnie, że jesteś, pan chciał z tobą porozmawiać - czy właśnie kompletnie zignorował kierowane do niego pytanie? Oczywiście. Czy klient faktycznie chciał rozmawiać właśnie z Malfoyem? Absolutnie nie. Ale Terry nie chciał rozmawiać z nim, a jemu samemu chyba nie robiło już większej różnicy, z kim właściwie miałby rozmawiać.
- Ten idiota wcisnął mi w zeszłym tygodniu jakiś cholerny bubel - na potwierdzenie swoich słów, mężczyzna pomachał Malfoyowi przed nosem jakimś wisiorkiem. W tym samym czasie ze strony Terry'ego, który właśnie taktycznie kierował się ku zapleczu, można było usłyszeć mruknięcie, które zabrzmiało mniej więcej jak stwierdzenie, że facet sam był idiotą.
- Podobno miało pomagać na... na różne takie dolegliwości. Gówno prawda, nie pomaga na nic. Chcę dostać z powrotem swoje pieniądze! - wisiorek wciąż dyndał przed nosem blondyna, a klient ewidentnie był już na skraju swojej cierpliwości. Nic zresztą dziwnego, wcześniej spędził dłuższą chwilę na sprzeczce z Terrym...