Guinevere była taką osobą, dla której przejęcie pałeczki władzy było jak oddech. Nie tej władzy, która deprawowała, przy której trzeba było uginać swoje kolana i spoglądać z pokorą w ziemię. To była dobra władza. Naturalnie leżąca w dłoniach i sprawiająca, że człowiek czuł się bezpiecznie. Bezpieczna peleryna tej Królowej wynikała z przyczyn praktycznych - wiedziała, że lojalności nie zdobywa się kijem, ale trzeba podarować nasiona marchwi, żeby ten mógł zrobić z nich odpowiedni pożytek. Potem nakarmi chlebem i mlekiem, żeby była siła na zasadzenie ich i własnymi oczami obserwowania, jak rodzi się z nich coś lepszego. Coś dobrego. Doszukiwał się więc czegoś dobrego, a wręcz był tym karmiony. Skoro był tym karmiony to mógł nabrać nieco sił. To była ledwo jedna wizyta, ale nawet jedna wizyta potrafiła zwrócić ci to, co zostało zabrane. Nie w pełni, nie na zawsze, nie na stałe. Chwila tu, chwila tam, skorzystanie z możliwości dojedzenia deseru po sytym obiedzie nie była przecież przy tym grzechem. Guinevere mimo swojej egzotycznej urody mogła pachnieć truskawkami - ich delikatna struktura, ich woń, ich kolor, wszystko to wpasowywało się w pastelowe cienie, którymi była malowana. Ten obraz chciało się brać w place, obracać, badać, oglądać. Były oczom, ale jeszcze milszy duszy. I nie, nie czyniło to zakochania, ale czyniło dzień nawet pochmurny bardzo słonecznym. Co było przed nim i co się stanie po nim - to nieistotne. Laurent by przynajmniej tak powiedział. Spoglądał w przód, ale nie patrzył tam, gdy mógł czerpać z piękna chwili.
Sraty pierdaty o ślicznych i słodkich chwilach (w wolnym tłumaczeniu: cing ciang cong dla pana chińczyka), a rzeczywistość potrafiła weryfikować najbardziej absurdalnymi i nieoczekiwanymi scenami. Bo ostatnie, czego się Laurent spodziewał tego dnia to ten niski mężczyzna, którego może nawet nazwałby goblinem, gdyby nie jego uszy. Tuż przed nimi. Pytających ich o to, czy zrobią sobie tatuaż. Tatuaż. Pierwsze skojarzenie z tatuażem to zniszczone ciało. Naruszona perfekcja skóry, której przecież nie trzeba było niczego dodawać. To, że wielu by załamywało ręce, że to nie było eleganckie i na pewno nie przystoi w takich kręgach, jak czysta krew. Co by w ogóle ojciec powiedział? Głupie pytanie, ale przeszło przez jego głowę. Głupie? A może właśnie właściwe? Nie, głupie, bo Edwardowi nic do tego, czy miał jeden tatuaż czy pięćdziesiąt. I takim sposobem dochodziło się do młodzieńczego buntu, chociaż Laurentowi już daleko było do młodzieńca. Przeżył młodzieńczy bunt i tak za szybko, a konsekwencje były opłakane, więc... więc mógłby to przemyśleć rzetelniej, ale kiedy pierwsza kurtyna opadała - tego zaskoczenia, szoku, próby złapania równowagi w rzeczywistości przedstawionej, tym bardziej czuł się zaintrygowany. Zaintrygowany tym, czy dobrze byłoby mu z tatuażem..? A jego umysł podpowiadał mu: och tak...
Odpowiedział na spojrzenie kobiety i chciał pytać, to w takim razie co według ciebie by pasowało? Możee kot? Albo jastrząb? Symbol mądrości, wolności dla wielu? Orzeł - symbol zwycięstwa i tych wielbionych przez wszystkich Stanów Zjednoczonych? A może wybrałaby sobie jeszcze coś innego? Ale zostawił to na potem, o ile w całym tym zamieszaniu ta chwila nastąpi... naprawdę za chwilę, a nie dadzą się porwać czemuś niespodziewanemu, nieoczekiwanemu. Proszę bardzo - spodziewasz się pecha (wcale nie!), a tutaj cyk - chińczyk ze studia tatuażu...
- Trzeba! Jak najbardziej trzeba, miła pani, toć dlatego się tak nerwuję... - Klasnął w dłonie przy tym "trzeba", Laurent aż mrugnął, jakby podmuch powietrza dotknął jego twarzy. Wrażenie było przedziwne. - Grafik mamy zapełniony wzdłusz i wszerz, a tu klient rezygnuje z minuty na minutę... nawet nikogo nie wpiszę już... Więc to jedyna taka okazja! Proszę spojrzeć, to dzieła moich chłopaków i dziewczynek, najlepsi, najlepsi tu pracują! - Wystawił rękę i jeszcze bardziej ten rękaw podwinął. Laurent się w sumie z zainteresowaniem nachylił, żeby pooglądać. Kolory, styl, dokładność, precyzja pociągnięć... wyglądało to z jednej strony nieelegancko - bo miał zrobiony cały rękaw, od dłoni po chyba samo ramię, a może nawet dalej? Ale z drugiej strony nie potrafił zaprzeczyć, że może naprawdę pracują tam najlepsi? Lub chociaż naprawdę zdolni...
- Piękne. - Zgodził się, prostując, chociaż nie od razu wzrok mu uciekł od tej ręki - przeskoczył na drugą, chociaż chińczyk przestał się nadstawiać.
- To jak? Chętni państwo na sesję? Tylko szybko, bo czas tyka. - A czas to pieniądz - nie musiał tego na głos mówić, jakby zabawnie nie wyglądał ze swoją karłowatością (czy jakikolwiek problem go dręczył, bo jego wzrost naturalny nie był) tak sprawiał wrażenie, jakby wiedział, co mówi. A może to taki chwyt marketingowy? Może to wszystko bujda na kółkach? Laurent spojrzał porozumiewawczo na Ginny.
- Moooże taak? - Uśmiechnął się lekko, mając takie głupie, ale i zadziwiająco miłe uczucie, że to wyzwalająco dziecięce. Wejść do studia tatuażu, tak spontanicznie i równie spontanicznie wykonać sobie tatuaż. Ale to zawierało też Ginny w sobie. Jej osobę. Nie to, że też musiała tatuaż robić. Ale to, że to zajmowało czas.