Na początku chciał pójść strategią alkoholową. Upić siebie i ją. Bezpieczna alternatywa, bo ewentualne konsekwencje zrzucą na stan upojenia albo w ogóle nie będą pamiętać. Bardzo wygodnie. Ale gdy wzięła kolejny łyk i wtedy żałował, że dolał jej całą szklankę. Przejął się tym bardziej, niż jej słowami, dlatego odpowiedział z opóźnieniem.
— Wiesz... Sam nie wiem co planuję — przyznał szczerze, odrywając wzrok od jej szklanki. Patrzył tak na nią chwilę z uśmiechem. Od czasu Beltane nie miał do tego okazji. Właściwie przed Beltane i nawet podczas nie miał takiej potrzeby. A teraz, po tylu tygodniach, właściwie miesiącach, gdy szał emocjonalny opadł i widział wszystko klarowniej, mógł spojrzeć na spokojnie w twarz ukochanej osoby.
Ger mogła dostrzec coś innego. Taka miła, ciepła ekspresja była domeną Giovanniego. Jonathan nigdy się tak na nią nie patrzył. Jonathan nigdy nawet nie patrzył na nią jak na kobietę! A teraz chyba to robił. I robił to bardzo intensywnie. A na tym nie chciał skończyć.
— Wiesz, może jednak wolałbym, żebyśmy dużo dzisiaj nie wypili. Chciałbym, żebyś wszystko zapamiętała — powiedział, po czym przysunął się bliżej, tak że ich uda stykały się. Jego oddech nieco przyspieszył. Wpatrując się Geraldine w oczy, wyciągnął dłoń, by ująć jej twarz. Ostrożnie, jak gdyby miał do czynienia z niebezpiecznym zwierzęciem... chociaż trochę tak było. Nie śmiał robić żadnych gwałtownych ruchów. Nie spieszył się. Obserwował jej reakcje, przecież nie chciał zrobić niczego, co wywołałoby na jej twarzy najmniejszy grymas.