Gerry lubiła alkohol, lubiła ten stan w który ją wprowadzał, wtedy zupełnie przestawała myśleć nad konsekwencjami swoich czynów. Bardzo chętnie się upijała, nie musiała wtedy się zastanawiać nad tym, czy to co robi jest słuszne, czy ma sens. Najwyżej drugiego dnia pojawiał się ból głowy oraz ten gorszy kac - moralny. Miewała ich już jednak tyle, że przestała się tym przejmować.
- Nie wiem, czy to dobrze, że ty nie wiesz. - Dodała rozbawiona. Jeśli on nie wiedział, to ona tym bardziej nie mogła zakładać, czego powinna się spodziewać. I zauważyła tę zmianę, spojrzenie inne od tych zazwyczaj. Było w nim więcej Gio niż Jo i nieco ją to zdziwiło. Faktycznie zmieniło się jego podejście, nie spoglądał na nią jak na kolegę do picia, czy tych wszystkich głupich żartów. Dostrzegła w tym spojrzeniu coś zupełnie innego, skłoniło ją do tego, że zaczęła się zastanawiać, czy postępuje słusznie. Sama bowiem nie wiedziała, czy to nie była w jej przypadku chwilowa zachcianka, tęsknota za byciem z kimś blisko, czy chciałaby zranić Jonathana? Na pewno nie, ale była pod tym względem w pewien sposób egoistką, potrzebowała raz na jakiś czas poczuć, że komuś na niej zależy.
- Teraz mi to mówisz, kiedy kupiłam całą butelkę? - Zdecydowanie łatwiej jej wszystko przychodziło po alkoholu, trzeźwość przynosiła wyrzuty sumienia. - Myślisz, że kilka szklanek whisky wystarczy, żebym zapomniała? - Na pewno musiałaby wypić bardzo dużo, aby uchlać się w trupa, alkohol faktycznie mógł spowodować, że pewne fakty będą niewyraźne.
Przybliżył się do niej, nigdy jeszcze nie siedzieli tak blisko siebie, a może siedzieli? Tyle, że nie było między nimi takiego napięcia. Dotknął jej twarz, jego palce były przyjemnie ciepłe. Dawno nikt nie patrzył na nią w ten sposób. Gerry chyba podjęła już decyzję, chciała dostać od kogoś chociaż chwilę uwagi, pewnie później będzie tego żałowała. Złapała go za dłoń, chciała spleść swoje palce z jego.