09.12.2022, 23:06 ✶
Trochę jak na zawołanie Patrick obrócił głowę w stronę miejsca, gdzie stały wille. Zapatrzył się na nie z nagłym zainteresowaniem. Skłamałby, gdyby próbował zaprzeczać, że i jego pociągał ich widok. O tym, że miał sporego pecha tego wieczoru już właściwie wiedział, ale… ale właściwie co złego mogło się stać, jeśli podeszliby we trójkę do will? Przecież nie każą mu przeskakiwać przez ognisko albo skakać ze skarpy, prawda?
- Nie no dajcie spokój. Widzę, że was do nich ciągnie. Mnie zresztą też, chodźmy – zakomenderował, patrząc na Mavelle i Brennę. Impet jego słów trochę osłabł, gdy pierwsza z nich zauważyła stoisko, którego od pewnego czasu szukali. – Albo chodźmy tam zaraz po tym jak zdobędziemy butelki piwa kremowego.
Szedł obok obydwu kobiet, trochę bezwiednie podążając ich śladem. Patrick miał w tym jeszcze jeden, drobny interes. Może nie uśmiechało mu się uciekać biegiem, jak nastolatkowi, ale uważał, że im szybciej zwiną się z widoku, tym mniejszą szansę miał na to, że zostanie dostrzeżony przez młodą kobietę, w którą tak nieopatrznie cisnął własną szyszką. I niby już ją przeprosił, ale wciąż… była w tym pewna ironia, że jako auror przypadkiem zaatakował szyszką bogu ducha winną osobę. Nie do końca rozumiał również czemu akurat panna Bones miała płacić za piwo kremowe – a i nosił w sobie jakieś nieprzyjemne podejrzenie, że próbowała mu w ten sposób wynagrodzić skręconą w lesie kostkę. A co próbowała wynagrodzić Brennie? Albo za co się odwdzięczyć? Nie miał zielonego pojęcia.
Myśl, że Longbottomówna miałaby się przyłączyć do jego szaleństwa i również rzucać swoją szyszką, była na tyle zabawna (zwłaszcza, że Mavelle z jakiegoś powodu uznała ją za prawdopodobną), że powiedział:
- No dalej, Brenna, ciskaj swoją. Zobaczymy kogo uda ci się ustrzelić – zachęcił, chyba właśnie trochę na przekór słowom drugiej kobiety (i własnym myślom). Do Mav zaraz zresztą uśmiechnął się szeroko, tylko odrobinę przepraszająco. Korciło go, żeby powiedzieć jej jeszcze: jeśli chcesz możesz mnie dzisiaj pilnować całą noc, ale ostatecznie tego nie zrobił. I nie, nie dlatego, żeby nagle się zawstydził. Po prostu doskonale zdawał sobie sprawę, że kiedy wróci do domu, jego dobry nastrój minie jak ręką odjął i zacznie malować intensywnie przy tym myśląc o sprawach, na które nie miał żadnego wpływu. – Wszyscy jesteśmy duzi, potrzebujemy więc dużych butelek piwa.
- Nie no dajcie spokój. Widzę, że was do nich ciągnie. Mnie zresztą też, chodźmy – zakomenderował, patrząc na Mavelle i Brennę. Impet jego słów trochę osłabł, gdy pierwsza z nich zauważyła stoisko, którego od pewnego czasu szukali. – Albo chodźmy tam zaraz po tym jak zdobędziemy butelki piwa kremowego.
Szedł obok obydwu kobiet, trochę bezwiednie podążając ich śladem. Patrick miał w tym jeszcze jeden, drobny interes. Może nie uśmiechało mu się uciekać biegiem, jak nastolatkowi, ale uważał, że im szybciej zwiną się z widoku, tym mniejszą szansę miał na to, że zostanie dostrzeżony przez młodą kobietę, w którą tak nieopatrznie cisnął własną szyszką. I niby już ją przeprosił, ale wciąż… była w tym pewna ironia, że jako auror przypadkiem zaatakował szyszką bogu ducha winną osobę. Nie do końca rozumiał również czemu akurat panna Bones miała płacić za piwo kremowe – a i nosił w sobie jakieś nieprzyjemne podejrzenie, że próbowała mu w ten sposób wynagrodzić skręconą w lesie kostkę. A co próbowała wynagrodzić Brennie? Albo za co się odwdzięczyć? Nie miał zielonego pojęcia.
Myśl, że Longbottomówna miałaby się przyłączyć do jego szaleństwa i również rzucać swoją szyszką, była na tyle zabawna (zwłaszcza, że Mavelle z jakiegoś powodu uznała ją za prawdopodobną), że powiedział:
- No dalej, Brenna, ciskaj swoją. Zobaczymy kogo uda ci się ustrzelić – zachęcił, chyba właśnie trochę na przekór słowom drugiej kobiety (i własnym myślom). Do Mav zaraz zresztą uśmiechnął się szeroko, tylko odrobinę przepraszająco. Korciło go, żeby powiedzieć jej jeszcze: jeśli chcesz możesz mnie dzisiaj pilnować całą noc, ale ostatecznie tego nie zrobił. I nie, nie dlatego, żeby nagle się zawstydził. Po prostu doskonale zdawał sobie sprawę, że kiedy wróci do domu, jego dobry nastrój minie jak ręką odjął i zacznie malować intensywnie przy tym myśląc o sprawach, na które nie miał żadnego wpływu. – Wszyscy jesteśmy duzi, potrzebujemy więc dużych butelek piwa.