Nie przeszkadzał mu brak romantyzmu z drugiej strony, kiedy pojawiały się takie malutkie, ale jakże proste gesty poczucia, że ktoś o ciebie dba. Że się troszczy, że nie ma cię gdzieś. Proponuje dłoń, a też i dłoń jego się pojawi, kiedy sam wyciągniesz czy to z chęci ogrzania się, czy też dlatego, że potrzebujesz pomocy, uwagi, miłości. Laurent potrzebował jej dużo. Był niemal wiecznie nienasycony - inaczej nie uganiałby się za nią i za różnymi parami oczu, żeby tylko w sobie rozkochać jednego, drugiego, trzecią. Czy Nicholasa trzeba było czegoś w ogóle uczyć? Odpowiedź już przecież padła, przeciekła gdzieś tam między palcami - tak. ale. Najpiękniejszy spójnik zdań. Po nim zawsze zaczynały się komplikacje. Nicholas sam się uczył i uczyć się chciał. Niektóre rzeczy mogły być trudniejsze, inne odrzucał, jeszcze inne odrzucał świadomie, a podświadomie je czynił. Lub była to zwykła manipulacja, bo Laurent za dużo widział, przeżył, żeby ciągle nie mieć tego z tyłu głowy. Jeśli zostaniesz zniszczony odpowiednią ilość razy to w końcu pękasz i nawet złoto, którym w Chinach naprawiają wazy nie jest w stanie cię posklejać. Przelewa się woda, która powinna dzban napełnić. Wszystko staje się puste, mierzone nowymi miarami ujemności. Chciał jednak dalej kochać ludzi i chciał w nich wierzyć, tylko... część tego słodkiego różu, tego pudru z krańca jego nosa została strząśnięta. Najwyższy czas poradzić sobie z własnymi ułomnościami i też się czegoś nauczyć - że romantyzm to domena głupców. Choć Perseus twierdził, że wrażliwość powinien nosić na szyi dokładnie tak samo, jak perłę na swoim uchu.
- Skoro chcesz znać prawdę to ostatnio sięgam po alkohol zbyt chętnie. - Niektóre rzeczy przełykało się łatwiej, kiedy whiskey paliło w gardło, albo wino rozgrzewało trzewia. Kiedy myśl ulatywała i wszystko stawało się pokrętnie zlewające się ze sobą. W końcu ty sam zaczynałeś pływać. To było lekkie zdradzenie słabości - bo Nicholas wiedział, że selkie mają słabą głowę, ale już niekoniecznie musiał wiedzieć, że Laurent najchętniej by odlatywał co wieczór i zapominał, że w ogóle istnieje. Możliwością były albo eliksiry, albo alkohol. Z tych dwóch to drugie było o wiele łatwiej dostępne i przede wszystkim zawsze pod ręką. Prawie zatańczyło mu na ustach powiedzenie, że ma też ponowną ciągutkę do narkotyków, ale zmazał te słowa uśmiechem na swoich wargach. - Piję bardzo mało, znam swój limit. A jest on bardzo mały. - Wyjaśnił. Łyk, dwa, trzy. Wszystko zależało też od samopoczucia - głównie fizycznego. W taki dzień jak dzisiaj podejrzewał, że nie było potrzeba wiele, a nie chciał wcale stracić tej kontroli i zasnąć. Na tyle temu człowiekowi nie ufał. Nie ufał też bestii, którą jest Duma, że niczego złego by nie zrobił Nicholasowi. Ostatnie, czego chciał, to krzywda i krew przelana w tym domu. Wystarczy, że pod koniec czerwca zmywał podłogę z krwi jakiegoś wyznawcy kultu Voldemorta, który wlazł do New Forest. Wyszedł z niego z niemal oderwaną ręką. Choć trafniej byłoby napisać: NIEMAL z niego wylazł. Bo nie brakowało wiele do tego, żeby aurorzy zabierali stąd trupa. - Dziękuję za ostrzeżenie. Miła... odmiana... - Te dwa ostatnie słowa były niemal szeptem, które na jego wargach stały się zaklęciem. Tak, to była miła odmiana. Bardzo miła. Przeszedł go chłodny dreszcz na myśl o swoim bezwartościowym życiu, jakie prowadził, o tym, za czym się uganiał i że odbił się od ściany, kiedy chciał zaznać czegoś więcej. Czegoś prawdziwego. W obliczu wielkich marzeń taka codzienność była wyjątkowo brzydka i wulgarna. Zupełnie jak odbicie, które widział w lustrze co dnia, a mimo tego mówił o sobie samym to, co inni o nim: piękny.
Takie czułości właśnie sprawiały, że człowiek się topił. Duma zawarczał ale cicho, gardłowo, przestąpił z łapy na łapę, obniżył łeb, ale nie zrobił nic. Laurent jedną rękę cofnął w kierunku psa, który chodził za nim jak cień, a drugą sięgnął do ramienia wysokiego blondyna, by się na nim oprzeć. Przymknął na moment oczy.
- Teraz cię wzięło na czułości? - Przesunął swoją dłoń z jego ramienia na biceps ręki, która sięgała do jego karku. Przechylił lekko głowę, zaglądając w jego oczy. - Uważaj, bo się rozkapryszę i zażyczę sobie, żebyś mnie jak księżniczkę zaniósł na kanapę.