06.03.2024, 09:17 ✶
– A wsadź pan sobie gdzieś ten swój kulturalny poziom! – najwyraźniej ten konkretny klient wcale nie zaliczał się do grona tych, których łatwo dałoby się ugłaskać. A już na pewno nie poprzez opanowany ton, który zdawał się rozjuszać go jeszcze bardziej. Nie zamierzał zwracać większej uwagi na swoje słowa, na podniesiony głos i zdecydowanie nie zamierzał wkładać choćby minimum wysiłku w to, by jakkolwiek się uspokoić i załatwić całą tę sprawę bez niepotrzebnych nerwów. Te zresztą i tak miał już całkiem poważnie nadszarpnięte. Najpierw przez tego cholernego sprzedawcę, który nie potrafił zrozumieć, że należał mu się zwrot pieniędzy, a teraz przez tego drugiego. Który najwyraźniej miał dokładnie takie same problemy ze zrozumieniem najprostszych kwestii.
I owszem, raz jeszcze przemknęło mu przez myśl, że coś tutaj nie do końca pasowało. Człowiek, z którym przyszło mu rozmawiać, zdecydowanie nie wyglądał jak zwykły sprzedawca, nie do końca też zachowywał się w sposób, jakiego można byłoby się po takim spodziewać. Zwłaszcza przy założeniu, że miałby on należeć do szemranego grona idiotów i oszustów. Tak szybko jednak, jak ta myśl pojawiła się w głowie rozeźlonego klienta, tak szybko ulotniła się – całkiem skutecznie wyparta przez wciąż wzbierającą złość. Nawet jeśli coś tutaj nie grało, to nie było to w tym momencie istotne. I już nawet miał po raz kolejny przypomnieć rozmówcy, że domagał się natychmiastowego zwrotu swoich pieniędzy – zdążył w tym celu otworzyć usta – kiedy jednak jako pierwszy odezwał się tamten. Usta mężczyzny mimo wszystko pozostały otwarte przez dłuższą chwilę. Zamknęły się na moment, po to tylko, żeby następnie znów się otworzyć. I jeszcze raz. Trochę jak ryba niespodziewanie wyciągnięta z wody, a trochę jak – co bardziej adekwatne do sytuacji – człowiek, który ewidentnie został zbity z tropu i naprawdę bardzo chciał coś powiedzieć, ale niespecjalnie wiedział co. Ostatecznie zdecydował się na chyba całkiem rozsądne wyjście. Mianowicie – nie mówić nic.
To znaczy… mniej więcej. Bo jednak kiedy już na moment zawahał się, nie do końca potrafiąc się zdecydować, czy powinien zgarnąć z lady wisiorek (po krótkiej chwili doszedł do wniosku, że lepiej będzie go zostawić tam gdzie był) i zdecydował się odwrócić na pięcie, a następnie pomaszerować w kierunku wyjścia, można było usłyszeć jednak kilka niewyraźnych, wymruczanych pod nosem zdań. Coś o tym, że na pewno nie zamierzał tak tego zostawiać. Możliwe, że przewinęło się również po raz kolejny coś na temat oszustów, złodziei i im podobnych. W dalszą otwartą dyskusję nie zamierzał jednak wchodzić, swoją wizytę w sklepie kończąc efektownym trzaśnięciem drzwiami.
– Może przynajmniej następnym razem wróci, kiedy już Penny sama będzie mogła wytłumaczyć się z tego swojego wisiorka – zauważył chwilę później Terry, z przechyloną na bok głową przyglądając się przez moment drzwiom. – Bo nie, nie ma jej. Wyszła, właściwie nie tak dawno temu. Pewnie niewiele brakowało, żebyście minęli się w drzwiach.
W kolejnej chwili, wciąż niespecjalnie starając się ukryć rozbawienie sytuacją, zwrócił się w stronę Malfoya. I fakt, trochę mijał się z prawdą twierdząc, że Weasley miałaby wyjść ze sklepu ledwie chwilę przed przyjściem Renigalda – bo przecież zdążyła ją ominąć cała, wcale nie tak krótka, sprzeczka z niezadowolonym klientem. Ale jednak istniał przecież cień szansy na to, że Malfoy zechce na przykład wyjść i rozejrzeć się za nią po okolicy. A dzięki temu Terry mógłby mieć z głowy i jego, i upierdliwego klienta. Byłby to bilans zdecydowanie całkiem korzystny, choć najpewniej – niestety – dość mało prawdopodobny.
I owszem, raz jeszcze przemknęło mu przez myśl, że coś tutaj nie do końca pasowało. Człowiek, z którym przyszło mu rozmawiać, zdecydowanie nie wyglądał jak zwykły sprzedawca, nie do końca też zachowywał się w sposób, jakiego można byłoby się po takim spodziewać. Zwłaszcza przy założeniu, że miałby on należeć do szemranego grona idiotów i oszustów. Tak szybko jednak, jak ta myśl pojawiła się w głowie rozeźlonego klienta, tak szybko ulotniła się – całkiem skutecznie wyparta przez wciąż wzbierającą złość. Nawet jeśli coś tutaj nie grało, to nie było to w tym momencie istotne. I już nawet miał po raz kolejny przypomnieć rozmówcy, że domagał się natychmiastowego zwrotu swoich pieniędzy – zdążył w tym celu otworzyć usta – kiedy jednak jako pierwszy odezwał się tamten. Usta mężczyzny mimo wszystko pozostały otwarte przez dłuższą chwilę. Zamknęły się na moment, po to tylko, żeby następnie znów się otworzyć. I jeszcze raz. Trochę jak ryba niespodziewanie wyciągnięta z wody, a trochę jak – co bardziej adekwatne do sytuacji – człowiek, który ewidentnie został zbity z tropu i naprawdę bardzo chciał coś powiedzieć, ale niespecjalnie wiedział co. Ostatecznie zdecydował się na chyba całkiem rozsądne wyjście. Mianowicie – nie mówić nic.
To znaczy… mniej więcej. Bo jednak kiedy już na moment zawahał się, nie do końca potrafiąc się zdecydować, czy powinien zgarnąć z lady wisiorek (po krótkiej chwili doszedł do wniosku, że lepiej będzie go zostawić tam gdzie był) i zdecydował się odwrócić na pięcie, a następnie pomaszerować w kierunku wyjścia, można było usłyszeć jednak kilka niewyraźnych, wymruczanych pod nosem zdań. Coś o tym, że na pewno nie zamierzał tak tego zostawiać. Możliwe, że przewinęło się również po raz kolejny coś na temat oszustów, złodziei i im podobnych. W dalszą otwartą dyskusję nie zamierzał jednak wchodzić, swoją wizytę w sklepie kończąc efektownym trzaśnięciem drzwiami.
– Może przynajmniej następnym razem wróci, kiedy już Penny sama będzie mogła wytłumaczyć się z tego swojego wisiorka – zauważył chwilę później Terry, z przechyloną na bok głową przyglądając się przez moment drzwiom. – Bo nie, nie ma jej. Wyszła, właściwie nie tak dawno temu. Pewnie niewiele brakowało, żebyście minęli się w drzwiach.
W kolejnej chwili, wciąż niespecjalnie starając się ukryć rozbawienie sytuacją, zwrócił się w stronę Malfoya. I fakt, trochę mijał się z prawdą twierdząc, że Weasley miałaby wyjść ze sklepu ledwie chwilę przed przyjściem Renigalda – bo przecież zdążyła ją ominąć cała, wcale nie tak krótka, sprzeczka z niezadowolonym klientem. Ale jednak istniał przecież cień szansy na to, że Malfoy zechce na przykład wyjść i rozejrzeć się za nią po okolicy. A dzięki temu Terry mógłby mieć z głowy i jego, i upierdliwego klienta. Byłby to bilans zdecydowanie całkiem korzystny, choć najpewniej – niestety – dość mało prawdopodobny.