06.03.2024, 10:13 ✶
– Znajdę – obiecała po prostu. Zawsze jakoś ten czas znajdowała, po prostu mniej zostawało go na sen i wszystkie rzeczy niezwiązane z pracą, Zakonem czy znajomymi. - Eee... ulubione jedzenie... po prostu jedzenie? - powiedziała Brenna po prostu, bo zasadniczo lubiła jeść niemal wszystko. Warzywa, mięso, makarony, ryże, słodycze wszelkiej maści - póki było przyrządzone w miarę smacznie, to ona nie miała w zwyczaju narzekać.
Nie jestem pewna, czy cokolwiek z tego, co mówię, można uznać za rozsądne, pomyślała Brenna samokrytycznie chwilę później, na słowa Pandory. Miała wrażenie, że jest bardzo mało rozsądna i nie była już pewna niczego, co robiła. Ale dobrze udawała, a większość dawała się na to udawanie nabrać.
Musiała zadbać, aby właśnie tak zostało.
- Pewnie, rozsądek to moje drugie imię - odparła więc tylko, chociaż nie był drugim, trzecim, ani nawet dziesiątym. Nie był też pewnie drugim imieniem Pandory, skoro ta oferowała pomoc niemalże… entuzjastycznie.
Brenna przypatrywała się jej przez chwilę w milczeniu i cisza przedłużyła się, dość nienaturalnie wręcz w przypadku Longbottom, która tak wiele zwykle miała do powiedzenia. Teraz nie była jednak pewna, co powiedzieć. Myślała o tym, że Prewettówna właściwie nie powinna być w to wciągnięta – że przecież należała do innego świata, że była urocza i trochę naiwna, że chciała wszędzie widzieć dobro. Że nie spodziewałaby się tych dwóch panów w Ministerstwie Magii, a Brenna wszędzie przecież widziała już cienie. Że dołączając Pandora narazi nie tylko siebie, ale też swoich bliskich, a przecież nie ma w tym żadnego interesu poza tym swoim dobrym sercem – które może ją pewnego dnia zgubić.
Ale teraz miała przecież myśleć w pierwszej kolejności o Zakonie, i że przecież nie zamierzała ani Pandorze dawać pełnych informacji o organizacji, ani wciągać jej w walkę na pierwszej linii. Celowo nie podawała nazwy ani szczegółów, bo Pandora miała co najwyżej zostać wciągnięta do sieci, dla bezpieczeństwa własnego i wszystkich innych. Za to ktoś, kto znał się na mechanizmach i renowacji mógł się im przydać…
– Będę pamiętała – powiedziała w końcu, zbierając się z trawy. – Jeżeli ja i moi przyjaciele będziemy potrzebować twoich talentów, zgłoszę się do ciebie – obiecała, chociaż coś w jej żołądku skręciło się boleśnie.
Jak zawsze.
Za każdym, cholernym razem.
Jak gdy rozmawiała lata temu z Mavelle i z Millie, i później, kiedy zostawiała liścik Charliemu, omawiała sprawę z Heather. Jak miał zwijać się, kiedy Vincent wreszcie zada pytania, których nie zadawał całe lata – a ona miała mu odpowiedzieć, bo zawsze odpowiadała – i gdy usiądzie w salonie z wujem.
– Na razie wydaje mi, że pora się zbierać. Powinnaś trochę odpocząć po tym treningu – stwierdziła, obdarzając Pandorę uśmiechem, zanim się pożegnały. - I... Panda? Będę wdzięczna, jeśli nie wspomnisz nikomu o tym, o czym rozmawiałyśmy. Tak będzie lepiej.
Nie jestem pewna, czy cokolwiek z tego, co mówię, można uznać za rozsądne, pomyślała Brenna samokrytycznie chwilę później, na słowa Pandory. Miała wrażenie, że jest bardzo mało rozsądna i nie była już pewna niczego, co robiła. Ale dobrze udawała, a większość dawała się na to udawanie nabrać.
Musiała zadbać, aby właśnie tak zostało.
- Pewnie, rozsądek to moje drugie imię - odparła więc tylko, chociaż nie był drugim, trzecim, ani nawet dziesiątym. Nie był też pewnie drugim imieniem Pandory, skoro ta oferowała pomoc niemalże… entuzjastycznie.
Brenna przypatrywała się jej przez chwilę w milczeniu i cisza przedłużyła się, dość nienaturalnie wręcz w przypadku Longbottom, która tak wiele zwykle miała do powiedzenia. Teraz nie była jednak pewna, co powiedzieć. Myślała o tym, że Prewettówna właściwie nie powinna być w to wciągnięta – że przecież należała do innego świata, że była urocza i trochę naiwna, że chciała wszędzie widzieć dobro. Że nie spodziewałaby się tych dwóch panów w Ministerstwie Magii, a Brenna wszędzie przecież widziała już cienie. Że dołączając Pandora narazi nie tylko siebie, ale też swoich bliskich, a przecież nie ma w tym żadnego interesu poza tym swoim dobrym sercem – które może ją pewnego dnia zgubić.
Ale teraz miała przecież myśleć w pierwszej kolejności o Zakonie, i że przecież nie zamierzała ani Pandorze dawać pełnych informacji o organizacji, ani wciągać jej w walkę na pierwszej linii. Celowo nie podawała nazwy ani szczegółów, bo Pandora miała co najwyżej zostać wciągnięta do sieci, dla bezpieczeństwa własnego i wszystkich innych. Za to ktoś, kto znał się na mechanizmach i renowacji mógł się im przydać…
– Będę pamiętała – powiedziała w końcu, zbierając się z trawy. – Jeżeli ja i moi przyjaciele będziemy potrzebować twoich talentów, zgłoszę się do ciebie – obiecała, chociaż coś w jej żołądku skręciło się boleśnie.
Jak zawsze.
Za każdym, cholernym razem.
Jak gdy rozmawiała lata temu z Mavelle i z Millie, i później, kiedy zostawiała liścik Charliemu, omawiała sprawę z Heather. Jak miał zwijać się, kiedy Vincent wreszcie zada pytania, których nie zadawał całe lata – a ona miała mu odpowiedzieć, bo zawsze odpowiadała – i gdy usiądzie w salonie z wujem.
– Na razie wydaje mi, że pora się zbierać. Powinnaś trochę odpocząć po tym treningu – stwierdziła, obdarzając Pandorę uśmiechem, zanim się pożegnały. - I... Panda? Będę wdzięczna, jeśli nie wspomnisz nikomu o tym, o czym rozmawiałyśmy. Tak będzie lepiej.
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.