06.03.2024, 14:11 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.03.2024, 14:32 przez Brenna Longbottom.)
Zaklęcie Erika podziałało - pewnie nie byłoby takie skuteczne, gdyby inferius nie płonął, rażony wcześniej czarem Dory, ale teraz magia poderwała go i cisnęła daleko, o ścianę jaskini. Znikł im z oczu w mroku: rozległ się jednak dźwięk świadczący o tym, że uderzył z impetem o kamień. Trudno było powiedzieć, czy został unicestwiony, ale przynajmniej przez chwilę nie musieli się nim przejmować.
Sekundę później dwie rzeczy stały się jednocześnie.
Najpierw kula ognia trafiła w nieumarłego, z którym walczyła Brenna. Z jednej strony dobrze - podduszona zdecydowanie nie miała sił na walkę wręcz nawet z człowiekiem, nie mówiąc już o stworze nie odczuwającym bólu ani strachu i pewnie zaraz by to starcie przegrała. Z drugiej ochronna tarcza przestała istnieć i znów owionął ją podmuch gorącego powietrza. Jej dłonie były teraz poparzone i bolały wręcz kurewsko, rękawy bluzy i spodnie w paru miejscach zwęgliły się niemal, na kolanach powstały rany, a i twarz była trochę zaczerwieniona od gorąca. Tak czy inaczej trup stoczył się z niej, i znieruchomiał wreszcie.
Dora zaś próbowała rzucić swój czar. I coś nie wyszło. W pośpiechu pewnie niewłaściwie zgięła palec albo wpłynęła na to przedziwna atmosfera jaskini, w której wciąż czuć było smród popiołów i cudzą obecność. Może chodziło właśnie o to? Bo zdawało się jej, że w chwili, gdy zaczęła czarować, jakby zatchnęła się popiołem - może coś w tym miejscu n i e c h c i a ł o, aby wyszli stąd cali i zdrowi. Wiatr zerwał się wprawdzie, ale nie trafił w nieumarłych, a sprawił, że sama Crawley padła na kolana. Bolała ją prawa dłoń i nie była pewna, na ile zdoła teraz czarować. Jeden z inferiusów poruszył się, na tyle szybko, by uniknąć czaru Vincenta.
Dwa trupy były więc znowu w pobliżu Heather.
Brenna widząc to złapała różdżkę - i wyleciały z niej liny, które splątały nieumarłych. To było jednak absolutnie wszystko, na co ją w tej chwili było stać. Dłoń opadła, poranione palce rozluźniły się: przy przytomności trzymała Brennę już chyba tylko siła woli, ale nie była w stanie utrzymać dłużej różdżki. Dwa inferiusy szarpały się w więzach, wciąż niebezpieczne, choć na moment unieruchomione.
Łańcuch, trafiony zaklęciem Morpheusa, pękł. Rozległ się głośny trzask - zdawało się, że potoczył się echem po grocie, po korytarzach, że trwał znacznie dłużej niż powinien. Longbottom mógł zabrać nóż.
- Spierdalamy - wykrztusiła Brenna, być może tak jak wuj obawiająca się, co może jeszcze zostać obudzone w ciemnościach - a mieli przecież to, po co przyszli. Broń spoczywała w rękach profety.
Rzut pod edycję
Kształtowanie, 1 rzut zamiast 2 ze względu na obrażenia
Przeciwnicy:
1 -> ten co dusił Brennę: nieruchomy
2 -> ten co był obok Morpheusa: odrzucony gdzieś w ciemność
3 -> ten co wisiał i płonął - opada i płonie dalej, niegroźny chwilowo
4 i 5 -> lekko nadpalone, są związane, ale "żywe".
Sekundę później dwie rzeczy stały się jednocześnie.
Najpierw kula ognia trafiła w nieumarłego, z którym walczyła Brenna. Z jednej strony dobrze - podduszona zdecydowanie nie miała sił na walkę wręcz nawet z człowiekiem, nie mówiąc już o stworze nie odczuwającym bólu ani strachu i pewnie zaraz by to starcie przegrała. Z drugiej ochronna tarcza przestała istnieć i znów owionął ją podmuch gorącego powietrza. Jej dłonie były teraz poparzone i bolały wręcz kurewsko, rękawy bluzy i spodnie w paru miejscach zwęgliły się niemal, na kolanach powstały rany, a i twarz była trochę zaczerwieniona od gorąca. Tak czy inaczej trup stoczył się z niej, i znieruchomiał wreszcie.
Dora zaś próbowała rzucić swój czar. I coś nie wyszło. W pośpiechu pewnie niewłaściwie zgięła palec albo wpłynęła na to przedziwna atmosfera jaskini, w której wciąż czuć było smród popiołów i cudzą obecność. Może chodziło właśnie o to? Bo zdawało się jej, że w chwili, gdy zaczęła czarować, jakby zatchnęła się popiołem - może coś w tym miejscu n i e c h c i a ł o, aby wyszli stąd cali i zdrowi. Wiatr zerwał się wprawdzie, ale nie trafił w nieumarłych, a sprawił, że sama Crawley padła na kolana. Bolała ją prawa dłoń i nie była pewna, na ile zdoła teraz czarować. Jeden z inferiusów poruszył się, na tyle szybko, by uniknąć czaru Vincenta.
Dwa trupy były więc znowu w pobliżu Heather.
Brenna widząc to złapała różdżkę - i wyleciały z niej liny, które splątały nieumarłych. To było jednak absolutnie wszystko, na co ją w tej chwili było stać. Dłoń opadła, poranione palce rozluźniły się: przy przytomności trzymała Brennę już chyba tylko siła woli, ale nie była w stanie utrzymać dłużej różdżki. Dwa inferiusy szarpały się w więzach, wciąż niebezpieczne, choć na moment unieruchomione.
Łańcuch, trafiony zaklęciem Morpheusa, pękł. Rozległ się głośny trzask - zdawało się, że potoczył się echem po grocie, po korytarzach, że trwał znacznie dłużej niż powinien. Longbottom mógł zabrać nóż.
- Spierdalamy - wykrztusiła Brenna, być może tak jak wuj obawiająca się, co może jeszcze zostać obudzone w ciemnościach - a mieli przecież to, po co przyszli. Broń spoczywała w rękach profety.
Rzut pod edycję
Kształtowanie, 1 rzut zamiast 2 ze względu na obrażenia
Rzut W 1d100 - 81
Sukces!
Sukces!
Przeciwnicy:
1 -> ten co dusił Brennę: nieruchomy
2 -> ten co był obok Morpheusa: odrzucony gdzieś w ciemność
3 -> ten co wisiał i płonął - opada i płonie dalej, niegroźny chwilowo
4 i 5 -> lekko nadpalone, są związane, ale "żywe".
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.