06.03.2024, 14:31 ✶
Niby to wiedział, a jednak... nie obserwował ludzi zbyt wiele, słyszał jednak rozmowy dziewcząt na temat tego co rozpalało ich wyobraźnię. Słyszał w końcu opowieści Nory, nastoletnie fantazje na temat księcia na białym koniu, którym zdecydowanie nie był (wciąż nie widział za bardzo sensu nauki jazdy konnej, skoro sam mógł być niedźwiedziem i czuć prawdziwie pęd pod nogami, mógł być ptakiem i czuć pęd między lotkami...). Słuchając jednak opowiesci o rocznicy, wziął bardzo głęboki wdech i przez moment nie chciał go wypuścić.
– Mogłabyś to dla mnie zrobić? – zapytał z nadzieją i po tonie mogła od razu zgadnąć, że się zgodził. Taka była Brenna, że znajdowała rozwiązania, niemalże natychmiast udzielała odpowiedzi, wskazówek, kierunków. Teraz też ten wytrych zadziałał i to jak skutecznie, wyraźnie bowiem chłopak się rozpogodził, ani przez moment nie podejrzewając podstępu. Sam nie był naiwny, przynajmniej nie aż tak jakby to się zdawało, przy osobach bliskich. Jego zasieki były dość wysokie, zorientowanie na zewnętrzne zagrożenie. Gdy jednak przychodziło do wewnętrznego kręgu... och, łykał wszystko jak młody pelikan. Dlaczego miałby zakładać, że ktoś dopuszczony tak blisko mógłby chcieć go zmanipulować? Wykorzystać?
– Zrobię to, przyniosę Ci tak rzadkie okazy, że nawet moja matka nie miałaby pojęcia skąd je wziąłem.– obiecywał solennie i jego rozmówczyni mogła wiedzieć, że tak się stanie, a za bukiet (pomijając wartości estetyczne) z pewnością wiele alchemików zapłaciłoby całkiem sporo. Szczęściem mogła mieć ufność, że chłopiec z dziczy cytował z pamięci leksykony botaniczne, z pewnością więc umiał rozpoznać trujące rośliny, które w bukiecie byłyby złym pomysłem.
– Ta ziemia ech... no ja mam taką... mmm... chorobę. – uciekł oczami na boki, bo to przecież też była tajemnica, chociaż nie aż taka, bo System o niej wiedział. Co więcej – wiedział o tym ojciec Brenny, ale chyba oboje nie byli do końca tego świadomi, na pewno nie wtedy, na skraju jednego z rynków Doliny Godryka.
– Kiedy mam... kiedy mam silne emocje, czy to jest strach, czy gniew, ale też takie pozytywne, jak... jak jestem szczęśliwy za bardzo... emm... no to wtedy moja energia mówi roślinom, że mają rosnąć. Bardzo.– tłumaczył to prosto, tak jak jemu wytłumaczono to kilka lat temu. Żadne z rodziców nie znało się na klątwach, nie na tyle, by przynieść mu wiedzę tak dokładną jak miało to miejsce w innych dziedzinach jego egzystencji. – No i... to nie są miłe rośliny. One mają kolce, są trujące, czasem... czasem też ziemia się trzęsie jak to jest bardzo źle i ja... Kiedyś no... kiedyś miałem problem, żeby to ogarniać. Teraz jest dużo lepiej. – zapewnił ją od razu, na wypadek gdyby nagle chciała przestać się z nim lubić, albo chciała odejść w obawie, że witka z ziemi zdzieli ją po twarzy. Choć w sumie, zważywszy na to jak silne potrafiły być jego ataki, witka po twarzy byłaby bardzo łagodnym i zabawnym kuksańcem.
– Mogłabyś to dla mnie zrobić? – zapytał z nadzieją i po tonie mogła od razu zgadnąć, że się zgodził. Taka była Brenna, że znajdowała rozwiązania, niemalże natychmiast udzielała odpowiedzi, wskazówek, kierunków. Teraz też ten wytrych zadziałał i to jak skutecznie, wyraźnie bowiem chłopak się rozpogodził, ani przez moment nie podejrzewając podstępu. Sam nie był naiwny, przynajmniej nie aż tak jakby to się zdawało, przy osobach bliskich. Jego zasieki były dość wysokie, zorientowanie na zewnętrzne zagrożenie. Gdy jednak przychodziło do wewnętrznego kręgu... och, łykał wszystko jak młody pelikan. Dlaczego miałby zakładać, że ktoś dopuszczony tak blisko mógłby chcieć go zmanipulować? Wykorzystać?
– Zrobię to, przyniosę Ci tak rzadkie okazy, że nawet moja matka nie miałaby pojęcia skąd je wziąłem.– obiecywał solennie i jego rozmówczyni mogła wiedzieć, że tak się stanie, a za bukiet (pomijając wartości estetyczne) z pewnością wiele alchemików zapłaciłoby całkiem sporo. Szczęściem mogła mieć ufność, że chłopiec z dziczy cytował z pamięci leksykony botaniczne, z pewnością więc umiał rozpoznać trujące rośliny, które w bukiecie byłyby złym pomysłem.
– Ta ziemia ech... no ja mam taką... mmm... chorobę. – uciekł oczami na boki, bo to przecież też była tajemnica, chociaż nie aż taka, bo System o niej wiedział. Co więcej – wiedział o tym ojciec Brenny, ale chyba oboje nie byli do końca tego świadomi, na pewno nie wtedy, na skraju jednego z rynków Doliny Godryka.
– Kiedy mam... kiedy mam silne emocje, czy to jest strach, czy gniew, ale też takie pozytywne, jak... jak jestem szczęśliwy za bardzo... emm... no to wtedy moja energia mówi roślinom, że mają rosnąć. Bardzo.– tłumaczył to prosto, tak jak jemu wytłumaczono to kilka lat temu. Żadne z rodziców nie znało się na klątwach, nie na tyle, by przynieść mu wiedzę tak dokładną jak miało to miejsce w innych dziedzinach jego egzystencji. – No i... to nie są miłe rośliny. One mają kolce, są trujące, czasem... czasem też ziemia się trzęsie jak to jest bardzo źle i ja... Kiedyś no... kiedyś miałem problem, żeby to ogarniać. Teraz jest dużo lepiej. – zapewnił ją od razu, na wypadek gdyby nagle chciała przestać się z nim lubić, albo chciała odejść w obawie, że witka z ziemi zdzieli ją po twarzy. Choć w sumie, zważywszy na to jak silne potrafiły być jego ataki, witka po twarzy byłaby bardzo łagodnym i zabawnym kuksańcem.