06.03.2024, 19:02 ✶
To był właśnie ten problem z rozmawianiem z ludźmi – trzeba było na bieżąco zmyślać, kluczyć, udawać... Mugole byli przyzwyczajeni trochę, że w Dolinie działy się różne rzeczy, a połowa mieszkańców to mniej lub bardziej specyficzni dziwacy biegający z podłużnymi witkami i wahadełkami. Ta swoista symbioza wiązała sie jednak z tym, że nikt o tym nie mówił wprost, a Samuel był szalenie kiepski w nie mówieniu wprost i to w obie strony – ani za bardzo nie rozumiał aluzji (wręcz bał się ich), ani też sam nie wpadał na nie intuicyjnie. Słowo – cokolwiek myślał na jego temat dziedzic Longbottomów – nie przychodziło mu łatwo.
Podobnie było i teraz, kobieta, choć piękna, to nie urodą go onieśmielała najbardziej. Jej pytania, czysta ciekawość odbijająca się w ciemnych oczach, lekko przekrzywiona głowa i zapach, och zapach tak skrajny, tak niemożliwy do występowania razem w takiej słodkiej harmonii.
Serce bolało go z pełną mocą, lęk przed lękiem wzmagał w nim, lęk przed tym, że zrobi jej krzywdę, ukaże ją magią ziemi za sam fakt okazania ciekawości zagubionemu. Była miękka i łagodna w pytaniach, ale nieustępliwością przypominała mu trochę Brennę Longbottom. Tylko, że Brenne znał ponad dekadę, a tą tutaj ledwie kilka uderzeń serca. No... kilkadziesiąt, zważywszy na tempo tego organu.
– Przez Beltane musiałem się wyprowadzić z domu, Knieja jest bardzo niebezpieczna, nie idź tam proszę Ginny – powiedział słabo, blady jak ściana, zupełnie jakby sam brał udział w akcjach poszukiwawczych, jakby sam mierzył się z cieniami. On jednak pozostał w bezpiecznej przestrzeni Doliny, za co pluł sobie w brodę coraz mocniej. Matka mówiła mu, żeby się nie angażował i jej słuchał, mimo że... – Moja mama wyfrunęła z domu osiem lat temu i od tego czasu chyba jej nie widziałem... – przyznał z rosnącą gulą w gardle, odtwarzając w głowie ten dzień, nieprzepracowaną traumę, którą ukrył nadzieją na szczęśliwe zakończenie. Teraz jednak, kiedy musiał być w Dolinie, kiedy dni nie zlewały się ze sobą, a odliczał je skrupulatnie co do minuty, teraz nadzieja na to, że matka powróci, że kiedyś wyląduje na płocie przed małym domkiem w lesie i przemieni się na powrót w siebie... Podwójnie uderzało jak musiał być naiwny, że kiedykolwiek w to wierzył.
– Przepraszam, chciałaś... chciałaś sobie pospacerować, a ja nie powinienem Ci tego mówić. – wydukał cały czas unikając jej wzroku, czując zimny pot, zastanawiając się, czy już ziemia drży, czy tylko mu się wydaje. – Przepraszam muszę... muszę już iść, a Ty nie idź do Kniei. – rzucił jeszcze, odwracając się nagle i czmyhając pośród ruiny domostwa zupełnie tak jakby zaraz miał zwymiotować. Ręce mu już drżały, jeszcze moment i...
...przeskoczył od tego co było niegdyś domem, do sąsiedniej ruiny stodoły. Kilka krzewów, kilka kamieni... trudno, nie było czasu, nie było wiele do zastanowienia. Niedźwiedź był zbyt wielki i niepewny, ale krogulec pozostawał idealną formą na rozładowanie napięcia. Resztką sił i latami trenowanej rutyny, sięgnął po różdżkę i zgniótł swe ciało, pokrył pierzem, pozłocił niebieskie oczy.
Z głośnym piskiem wzbił się w niebo. Pod słońce wyglądał jak cień kukułki, zwiastunki śmierci, lecz nie niósł on nikomu smutnej nowiny, a tylko sobie wolność od rozmowy, od wątpliwości, od emocji i wspomnień. Liczył się tylko błękit nieba i nic mu więcej tego dnia nie było już potrzeba...
[opuszczam sesje]
Podobnie było i teraz, kobieta, choć piękna, to nie urodą go onieśmielała najbardziej. Jej pytania, czysta ciekawość odbijająca się w ciemnych oczach, lekko przekrzywiona głowa i zapach, och zapach tak skrajny, tak niemożliwy do występowania razem w takiej słodkiej harmonii.
Serce bolało go z pełną mocą, lęk przed lękiem wzmagał w nim, lęk przed tym, że zrobi jej krzywdę, ukaże ją magią ziemi za sam fakt okazania ciekawości zagubionemu. Była miękka i łagodna w pytaniach, ale nieustępliwością przypominała mu trochę Brennę Longbottom. Tylko, że Brenne znał ponad dekadę, a tą tutaj ledwie kilka uderzeń serca. No... kilkadziesiąt, zważywszy na tempo tego organu.
– Przez Beltane musiałem się wyprowadzić z domu, Knieja jest bardzo niebezpieczna, nie idź tam proszę Ginny – powiedział słabo, blady jak ściana, zupełnie jakby sam brał udział w akcjach poszukiwawczych, jakby sam mierzył się z cieniami. On jednak pozostał w bezpiecznej przestrzeni Doliny, za co pluł sobie w brodę coraz mocniej. Matka mówiła mu, żeby się nie angażował i jej słuchał, mimo że... – Moja mama wyfrunęła z domu osiem lat temu i od tego czasu chyba jej nie widziałem... – przyznał z rosnącą gulą w gardle, odtwarzając w głowie ten dzień, nieprzepracowaną traumę, którą ukrył nadzieją na szczęśliwe zakończenie. Teraz jednak, kiedy musiał być w Dolinie, kiedy dni nie zlewały się ze sobą, a odliczał je skrupulatnie co do minuty, teraz nadzieja na to, że matka powróci, że kiedyś wyląduje na płocie przed małym domkiem w lesie i przemieni się na powrót w siebie... Podwójnie uderzało jak musiał być naiwny, że kiedykolwiek w to wierzył.
– Przepraszam, chciałaś... chciałaś sobie pospacerować, a ja nie powinienem Ci tego mówić. – wydukał cały czas unikając jej wzroku, czując zimny pot, zastanawiając się, czy już ziemia drży, czy tylko mu się wydaje. – Przepraszam muszę... muszę już iść, a Ty nie idź do Kniei. – rzucił jeszcze, odwracając się nagle i czmyhając pośród ruiny domostwa zupełnie tak jakby zaraz miał zwymiotować. Ręce mu już drżały, jeszcze moment i...
...przeskoczył od tego co było niegdyś domem, do sąsiedniej ruiny stodoły. Kilka krzewów, kilka kamieni... trudno, nie było czasu, nie było wiele do zastanowienia. Niedźwiedź był zbyt wielki i niepewny, ale krogulec pozostawał idealną formą na rozładowanie napięcia. Resztką sił i latami trenowanej rutyny, sięgnął po różdżkę i zgniótł swe ciało, pokrył pierzem, pozłocił niebieskie oczy.
Z głośnym piskiem wzbił się w niebo. Pod słońce wyglądał jak cień kukułki, zwiastunki śmierci, lecz nie niósł on nikomu smutnej nowiny, a tylko sobie wolność od rozmowy, od wątpliwości, od emocji i wspomnień. Liczył się tylko błękit nieba i nic mu więcej tego dnia nie było już potrzeba...
[opuszczam sesje]