Podczas gdy Geraldine toczyła wewnętrzną bitwę z wyrzutami sumienia, Jonathan od razu cieszył się chwilą. Nie był typem refleksyjnym. Wykorzystywał maksymalnie każdą sekundę posiadania ciała. Może nie maksymalnie. Raczej na tyle, na ile mógł, żeby nie wyrządzić szkód dla Giovanniego.
Naprawdę się starał.
Jonathan był onieśmielony wprawą Geraldine. O ile łatwiej by mu było z dziewoją równie świeżą jak on. Ale teraz niespecjalnie przejmował się konkurowaniem z jakimkolwiek doświadczeniem, z jakim Yaxley miała styczność. Starał się uczyć na bieżąco i powtarzał za nią.
W którymś momencie oderwał się, by zaczerpnąć powietrza. Zupełnie jakby zmęczył się po maratonie.
— Ej, ale to tylko na na dzisiaj, co nie? W sensie, nie będę ci wysyłać wierszy ani przynosić kwiatów na każde spotkanie, co nie? — Rzucił w typowym dla siebie tonie, chociaż jeszcze przed chwilą sprawiał wrażenie poważnego romantyka. — Znaczy no nie musi być tylko dzisiaj, ale wiesz o co mi chodzi.
Nie ważne, jakiego rodzaju uczucia żywił do Geraldine — był realistyczny i nie miał zamiaru nawet sugerować żadnego wiązania się z nią. Na jego szczęście Yaxley traktowała go jak chwilową przygodę, ale nie był tego w pełni świadom. Domyślał się tylko, że raczej na pewno związek między nimi nie mógłby istnieć również z jej perspektywy. Chciał się jednak upewnić. To była dość istotna sprawa.
— I ani słowa Giovanniemu. Nikomu. Nigdy. Już to mówiłem, ale powtarzam na wszelki wypadek, dobra?
Nie chciał nawet myśleć o reakcji Giovanniego na to, co się teraz działo. Byłby zdewastowany, załamany, zaskoczony, zawstydzony, zły, zdegustowany i zamknąłby się w jakiejś piwnicy na końcu świata na zawsze.