06.03.2024, 21:10 ✶
Miał dosyć patrzenia na uśmiechy obcych ludzi, którzy mają to, czego on nigdy nie będzie mieć. Pewnie dlatego uznał, że obecność dwóch obcych facetów jest zdecydowanie lepsza niż siedzenie na sali i modlenie się, żeby nikt nie podszedł i nie zaprosił go do tańca. Z drugiej strony kto miałby go zapraszać, skoro jest mężczyzną? To on powinien chodzić, szukać kobiety miłość swojego życia, z którą potem się zwiąże i będzie mieć trójkę dzieci. Nie chciał tego, a powinien, tak byłoby dużo łatwiej ze wszystkim. Gdyby tylko jakaś dziewczyna zawróciła mu w głowie wystarczająco mocno... Alkohol chyba za bardzo uderzał mu do głowy.
Po wyjściu na zewnątrz stodoły od razu wziął głęboki oddech, patrząc w niebo. O ile na początku zabawa była całkiem dobra, tak teraz znowu nie miał pojęcia, czemu tu jest. Dlaczego zgodził się na to wszystko? Próbował znaleźć sens, ale nie bardzo mógł. Morhpeus dalej był dla niego zagadką która teraz w najlepsze bawiła się na parkiecie z jakąś raszplą. Może nie powinien tak o niej mówić, w końcu to nie jej wina, że czarodziej się w niej zakochał. Zakochał się? Czy to jest miłość, której tak bardzo zaprzeczał? Może to też owija sobie dookoła palca? Czy ona też jest w tym układzie? Mężczyzna wybiera sobie, na kogo ma ochotę danego dnia i do tej osoby idzie? Byli dla niego tylko rzeczami mającymi zaspokoić jego nagłe pragnienia?
Jego wzrok spadł z nieba na krzaki, które tak bardzo znowu się zerwać, rzucić na ziemię, zdeptać, a jednocześnie ususzyć i wykorzystać do leczenia. Wszystko ma dwie strony. Upił wina z kieliszka i ruszył ścieżką wskazywaną mu przez kwiaty, albo po prostu głosy rozmowy. Wzrok wlepiony w ziemię, żeby nie było, że wie gdzie idzie, po prostu się zamyślił, prawda? Nie szedł za nikim, przypadkiem na siebie wpadną. Dokładnie tak. Kolejne udawanie, że nic tu nie zaplanował. Równie dobrze, mógłby po prostu się przy wejściu do stodoły zatrzymać, bo już tam nikt go nie zaczepiał, ale trochę chciał towarzystwa, bo bez niego, jak zawsze wymysli coś straszliwie głupiego.
Po wyjściu na zewnątrz stodoły od razu wziął głęboki oddech, patrząc w niebo. O ile na początku zabawa była całkiem dobra, tak teraz znowu nie miał pojęcia, czemu tu jest. Dlaczego zgodził się na to wszystko? Próbował znaleźć sens, ale nie bardzo mógł. Morhpeus dalej był dla niego zagadką która teraz w najlepsze bawiła się na parkiecie z jakąś raszplą. Może nie powinien tak o niej mówić, w końcu to nie jej wina, że czarodziej się w niej zakochał. Zakochał się? Czy to jest miłość, której tak bardzo zaprzeczał? Może to też owija sobie dookoła palca? Czy ona też jest w tym układzie? Mężczyzna wybiera sobie, na kogo ma ochotę danego dnia i do tej osoby idzie? Byli dla niego tylko rzeczami mającymi zaspokoić jego nagłe pragnienia?
Jego wzrok spadł z nieba na krzaki, które tak bardzo znowu się zerwać, rzucić na ziemię, zdeptać, a jednocześnie ususzyć i wykorzystać do leczenia. Wszystko ma dwie strony. Upił wina z kieliszka i ruszył ścieżką wskazywaną mu przez kwiaty, albo po prostu głosy rozmowy. Wzrok wlepiony w ziemię, żeby nie było, że wie gdzie idzie, po prostu się zamyślił, prawda? Nie szedł za nikim, przypadkiem na siebie wpadną. Dokładnie tak. Kolejne udawanie, że nic tu nie zaplanował. Równie dobrze, mógłby po prostu się przy wejściu do stodoły zatrzymać, bo już tam nikt go nie zaczepiał, ale trochę chciał towarzystwa, bo bez niego, jak zawsze wymysli coś straszliwie głupiego.