10.12.2022, 13:32 ✶
Było coś nierealnego w tej scenie: Brenna, w ciepłych kapciach, rozpostarta na krześle, Mavelle wsypująca pianki do kubka. Wypełniający pomieszczenie zapach czekolady i mleka, wesoła piosenka, rozbrzmiewająca gdzieś w tle. I wypowiadane słowa: Voldemort, niebezpieczeństwo, rychły zgon.
A wszystko tak lekkim tonem, z całą, "brennową" otoczką, gdy wspominała o "uratowaniu dnia", "przyrośnięciu do Hogwartu". Do tego jeszcze ta szybka zgoda Mavelle, udzielona niemal bez wahania.
Tak nierealne i tak zwyczajne.
I tak podobne do jednego ze wspomnień, nie jej własnych, a mimo to tkwiących w pamięci Brenny jak drzazga: wspomnienia z innej wojny, zakończonej mniej więcej wtedy, kiedy ona przyszła na świat. Może to z tego powodu na twarz kobiety wypełzł powoli uśmiech, szczery, niemalże promienny, chociaż przecież wcale nie była teraz szczęśliwa. Jej wesołość była wesołością człowieka, który ma świadomość, że nadciąga coś mrocznego i strasznego, że nadszedł czas ciemności, ale chwyta ten krótki moment przed i obraca w palcach jak coś bardzo cennego.
- Oczywiście, że znam, Mavy - powiedziała, bo Mav i brat byli jedynymi osobami na świecie, których odpowiedzi faktycznie była w stu procentach pewna. - Zajęło ci to tylko parę sekund dłużej niż mnie, i to pewnie wyłącznie dlatego, że mam większą wprawę w szybkim mówieniu, takim bez nabierania tchu. Ale wiesz, jestem cała dorosła i w ogóle, więc wypadało zachować dobre maniery i najpierw wyjaśnić, o co chodzi i poczekać na odpowiedź, zamiast stawiać cię przed faktem dokonanym…
Chociaż może i tak ją przed takim stawiała. Mavelle po prostu nie mogła powiedzieć „nie”, bo wtedy nie byłaby Mavelle. I to samo tyczyło się Brenny.
- Ministerstwo, Brygada, aurorzy. Mamy tam ten problem, że musimy grać z godnie z zasadami – dodała, i rozumiała to, rozumiała grę według zasad, stawianie jasnej różnicy między „nimi”, a „nami”, ale w tej chwili nadchodziły czasy, gdy albo zaczną kombinować, albo ulegną zagładzie. – Poza tym jeżeli Voldemort ma choć odrobinę rozumu albo przynajmniej ma po swojej stronie kogoś, kto myśli, zacznie od infiltrowania Ministerstwa. Wysokie stanowiska, ktoś z aurorów, ktoś z Brygady. Jemu wystarczą trzy – cztery osoby, to już wystarczy, aby zepsuć wszystkie plany ministerstwa. A te parę osób znajdzie zawsze. Kogoś, kto sam jest czystej krwi i rywalizuje o stanowisko z mugolakiem. Kogoś, kto popadł w długi i można go kupić. Albo szantażować.
Urwała i westchnęła, po czym pokręciła głową. Niekoniecznie musiała od razu wyrzucać z siebie to wszystko w kuchni Mavelle, zwłaszcza, że w tej chwili niczego z tym nie zrobią. Ot myśli kłębiły się jej w głowie od dawna i chyba pierwszy raz wypowiedziała je na głos.
To był nie tylko czas ciemności, ale też nieufności. A Brenna do tej nie przywykła. Miała w sobie wiele sympatii wobec ludzi i chociaż nie grzeszyła nadmierną naiwnością, to jeszcze dwa, trzy lata temu chciała do wszystkich podchodzić bez uprzedzeń.
Teraz jednak koniec z tym. Każdy czystokrwisty, a nawet półkrwi, mógł jeżeli nie służyć Voldemortowi, to przynajmniej po cichu mu sprzyjać.
- Dawaj tę czekoladę. Zawsze powtarzałam, że czekolada działa dobrze na smutki – zażądała kobieta, posyłając kuzynce kolejny uśmiech. – Ach. Chyba powinnaś wiedzieć, do jakiej organizacji dokładnie dołączasz, prawda? Zdaje się, że nazywamy się Zakonem Feniksa. Mam tylko nadzieję, że nie każą mi nosić zakonnego habitu. Jestem pewna, że źle bym w nim wyglądała. Poza tym niewygodnie wchodzi się w takim na drzewa.
A wszystko tak lekkim tonem, z całą, "brennową" otoczką, gdy wspominała o "uratowaniu dnia", "przyrośnięciu do Hogwartu". Do tego jeszcze ta szybka zgoda Mavelle, udzielona niemal bez wahania.
Tak nierealne i tak zwyczajne.
I tak podobne do jednego ze wspomnień, nie jej własnych, a mimo to tkwiących w pamięci Brenny jak drzazga: wspomnienia z innej wojny, zakończonej mniej więcej wtedy, kiedy ona przyszła na świat. Może to z tego powodu na twarz kobiety wypełzł powoli uśmiech, szczery, niemalże promienny, chociaż przecież wcale nie była teraz szczęśliwa. Jej wesołość była wesołością człowieka, który ma świadomość, że nadciąga coś mrocznego i strasznego, że nadszedł czas ciemności, ale chwyta ten krótki moment przed i obraca w palcach jak coś bardzo cennego.
- Oczywiście, że znam, Mavy - powiedziała, bo Mav i brat byli jedynymi osobami na świecie, których odpowiedzi faktycznie była w stu procentach pewna. - Zajęło ci to tylko parę sekund dłużej niż mnie, i to pewnie wyłącznie dlatego, że mam większą wprawę w szybkim mówieniu, takim bez nabierania tchu. Ale wiesz, jestem cała dorosła i w ogóle, więc wypadało zachować dobre maniery i najpierw wyjaśnić, o co chodzi i poczekać na odpowiedź, zamiast stawiać cię przed faktem dokonanym…
Chociaż może i tak ją przed takim stawiała. Mavelle po prostu nie mogła powiedzieć „nie”, bo wtedy nie byłaby Mavelle. I to samo tyczyło się Brenny.
- Ministerstwo, Brygada, aurorzy. Mamy tam ten problem, że musimy grać z godnie z zasadami – dodała, i rozumiała to, rozumiała grę według zasad, stawianie jasnej różnicy między „nimi”, a „nami”, ale w tej chwili nadchodziły czasy, gdy albo zaczną kombinować, albo ulegną zagładzie. – Poza tym jeżeli Voldemort ma choć odrobinę rozumu albo przynajmniej ma po swojej stronie kogoś, kto myśli, zacznie od infiltrowania Ministerstwa. Wysokie stanowiska, ktoś z aurorów, ktoś z Brygady. Jemu wystarczą trzy – cztery osoby, to już wystarczy, aby zepsuć wszystkie plany ministerstwa. A te parę osób znajdzie zawsze. Kogoś, kto sam jest czystej krwi i rywalizuje o stanowisko z mugolakiem. Kogoś, kto popadł w długi i można go kupić. Albo szantażować.
Urwała i westchnęła, po czym pokręciła głową. Niekoniecznie musiała od razu wyrzucać z siebie to wszystko w kuchni Mavelle, zwłaszcza, że w tej chwili niczego z tym nie zrobią. Ot myśli kłębiły się jej w głowie od dawna i chyba pierwszy raz wypowiedziała je na głos.
To był nie tylko czas ciemności, ale też nieufności. A Brenna do tej nie przywykła. Miała w sobie wiele sympatii wobec ludzi i chociaż nie grzeszyła nadmierną naiwnością, to jeszcze dwa, trzy lata temu chciała do wszystkich podchodzić bez uprzedzeń.
Teraz jednak koniec z tym. Każdy czystokrwisty, a nawet półkrwi, mógł jeżeli nie służyć Voldemortowi, to przynajmniej po cichu mu sprzyjać.
- Dawaj tę czekoladę. Zawsze powtarzałam, że czekolada działa dobrze na smutki – zażądała kobieta, posyłając kuzynce kolejny uśmiech. – Ach. Chyba powinnaś wiedzieć, do jakiej organizacji dokładnie dołączasz, prawda? Zdaje się, że nazywamy się Zakonem Feniksa. Mam tylko nadzieję, że nie każą mi nosić zakonnego habitu. Jestem pewna, że źle bym w nim wyglądała. Poza tym niewygodnie wchodzi się w takim na drzewa.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.