06.03.2024, 23:08 ✶
Śmierć to niezbyt przyjemna przyjaciółka dla kogoś takiego jak ja - pełnego energii, marzeń i zdrowia młodzieńca, który dopiero wchodził w dorosłe życie. Miałem tak wiele do stracenia, że w pełni nie zdawałem sobie z tego sprawy. Mały skrawek docierał do mojego ptasiego móżdżka, że jednak coś było na rzeczy, incydent, że to mogło skończyć się źle, wręcz fatalnie. A jednak żyłem. Żyłem, chociaż umierałem, chociaż przegrałem z morską tonią i straciłem wolę walki. Szczęście... czy może anioł stróż?
Ewidentnie anioł stróż. Z jasną aureolą z białych włosów. Równie mokry, równie zmarznięty, przy okazji również zaniepokojony, dogłębnie przejęty, wpatrujący się we mnie niczym w wariata, który zaraz wstanie i z powrotem wbiegnie w bestię. Tak, to nie bestia mieszkała w morzu. To morze było bestią. Ale czy mogliśmy je w jakikolwiek sposób powstrzymać? Zakazać mu zatapiać mniej i bardziej niewinne serca? Na co mu były one wszystkie?
Anioł miał znajomą twarz, którą próbowałem sobie przypomnieć. Można się domyślić, że mój umysł nie działał w tej chwili na jakichś wysokich obrotach. Właściwie, to przez tę... chwilę - czy może wieczność? - w morzu, poczułem się dogłębnie zmęczony. Pewnie przysypiałbym, gdyby nie było mi na domiar cholernie zimno. Może to jednak nie był dobry pomysł by w listopadzie łowić ryby?
- Czy ty... ty jesteś Prewett? Lawrence Prewett? - zapytałem niepewny. Wydawało mi się, że go skądś kojarzyłem i to była właśnie szkoła. Musiał być kilka klas nade mną. Cztery, może pięć. Miał dosyć charakterystyczną urodę. To musiał być on.
Ale nieistotne. Na pozór. Rozpocząłem cykl nieszczęść w swoim życiu, ale o tym nie wiedziałem. Śmierć ostrzyła sobie kosę dla mojej osoby, ale w tej chwili nie byłem tego świadom. Co innego ten przejmujący chłód, który właśnie sprawił mi nieprzyjemne, wręcz bolesne dreszcze. Morze to prawdziwa kurwa. Wszystko przez nie bolało.
Podniosłem się i rozejrzałem za swoimi rzeczami. Zostawiłem je gdzieś nieopodal. Tak mi się zdawało. Miałem nadzieję, że nie porwały tego wszystkiego fale. Miałem ciepły płaszcz... Może leżał kilkaset metrów dalej?
- Uratowałeś... mi życie? - zapytałem go wprost. Raczej to było oczywiste, biorąc pod uwagę, że również był cały mokry i zmarznięty. Nie bawiłem się chwilowo w maniery. Może to z szoku, a może to po prostu kwestia sytuacji, bo co tam zwroty grzecznościowe, kiedy jeszcze chwilę temu walczyło się o każdy oddech?
Ewidentnie anioł stróż. Z jasną aureolą z białych włosów. Równie mokry, równie zmarznięty, przy okazji również zaniepokojony, dogłębnie przejęty, wpatrujący się we mnie niczym w wariata, który zaraz wstanie i z powrotem wbiegnie w bestię. Tak, to nie bestia mieszkała w morzu. To morze było bestią. Ale czy mogliśmy je w jakikolwiek sposób powstrzymać? Zakazać mu zatapiać mniej i bardziej niewinne serca? Na co mu były one wszystkie?
Anioł miał znajomą twarz, którą próbowałem sobie przypomnieć. Można się domyślić, że mój umysł nie działał w tej chwili na jakichś wysokich obrotach. Właściwie, to przez tę... chwilę - czy może wieczność? - w morzu, poczułem się dogłębnie zmęczony. Pewnie przysypiałbym, gdyby nie było mi na domiar cholernie zimno. Może to jednak nie był dobry pomysł by w listopadzie łowić ryby?
- Czy ty... ty jesteś Prewett? Lawrence Prewett? - zapytałem niepewny. Wydawało mi się, że go skądś kojarzyłem i to była właśnie szkoła. Musiał być kilka klas nade mną. Cztery, może pięć. Miał dosyć charakterystyczną urodę. To musiał być on.
Ale nieistotne. Na pozór. Rozpocząłem cykl nieszczęść w swoim życiu, ale o tym nie wiedziałem. Śmierć ostrzyła sobie kosę dla mojej osoby, ale w tej chwili nie byłem tego świadom. Co innego ten przejmujący chłód, który właśnie sprawił mi nieprzyjemne, wręcz bolesne dreszcze. Morze to prawdziwa kurwa. Wszystko przez nie bolało.
Podniosłem się i rozejrzałem za swoimi rzeczami. Zostawiłem je gdzieś nieopodal. Tak mi się zdawało. Miałem nadzieję, że nie porwały tego wszystkiego fale. Miałem ciepły płaszcz... Może leżał kilkaset metrów dalej?
- Uratowałeś... mi życie? - zapytałem go wprost. Raczej to było oczywiste, biorąc pod uwagę, że również był cały mokry i zmarznięty. Nie bawiłem się chwilowo w maniery. Może to z szoku, a może to po prostu kwestia sytuacji, bo co tam zwroty grzecznościowe, kiedy jeszcze chwilę temu walczyło się o każdy oddech?