Trochę się... bał. Troszeczkę. Trochę się trząsł, trochę robił wielkie oczy, trochę nie wiedział, czy powinien teraz panikować, zastanawiać się, czy ten mugol przeżyje, czy może pytać go o jakieś... co mugole w ogóle mieli? Był tak bardzo zaznajomiony z ich światem, że szkoda gadać. Nawet nie chciał gadać - chciał działać. Chciał wyjąć różdżkę, osuszyć go, owinąć kocem... i siebie w końcu też. Siebie spychał w tej wyliczance na dolną półkę. Samorealizacja o tym, co tutaj się wydarzyło, czym to groziło i do czego doprowadzić mogło przyjdzie później. Na razie musiał pilnować się, żeby nie wyciągać narzędzia, które mogłoby przysłużyć się czemuś dobremu i...
Mężczyzna tak po prostu zapytał go o imię i nazwisko. Wielkie oczy blondyna zrobiły się jeszcze większe - w tych półcieniach burzy były równie przyciemnione co morskie fale, równie błyskały, ciągle migotając pod szarugą chmur z ledwo pojedynczymi promieniami słońca prześlizgującymi się przez nie. Jednymi z ostatnich. Te same promienie prześlizgnęły się też w oczach przystojnej twarzy, która teraz ze zmęczeniem, przekrwionym od morskiej soli białkiem, wpatrywała się w niego z jakimś zrozumieniem. Jakby to mogło być w ogóle oczywiste, że... on jest właśnie Prewettem. Tym samym, który nosił głowę wysoko i swoją urodę jak ostrze i tarcze. Dumę z bycia Prewettem i posiadania tego nazwisko, spoglądając na co poniektórych właśnie tak - jakby był kilka klas wyżej... tylko nie w szkole. Społecznie. Teraz nie byli w szkolnych korytarzach ani na balach. Nie mieli na sobie garniturów i nie musieli poprawiać muszek. Nie miało zabrzęczeć szkło od toastów. Teraz była próba rozpoznania, druga próba zrozumienia i... pogodzenia się z tym, że siedzimy tutaj mokrzy i zziębnięci. I że ten, który niemal się utopił, wcale nie był mugolem.
- Eeehmm... - To było bardzo nieeleganckie z jego strony, ale zwyczajnie go zatkało. W tej sytuacji usłyszał swoje imię. Zgoda, nie swoje - przeinaczone, ale zapamiętane przez... kogo? Poznali się na przyjęciu? Niemożliwe. Zapamiętałby kogoś TAK przystojnego, że miękłyby mu kolana, gdyby tylko sytuacja była inna i nie myślał jedynie o tym, czy życiu tego człowieka zagraża coś - cokolwiek! Przemarznięcie, czy nadal została mu woda w płucach - to też mogło prowadzić do chorób! Szczególnie, że mugole byli o wiele bardziej krusi... - Laurent, ale tak. Laurent Prewett. - Poprawił go i przyznał się, że tak, oto on, we własnej osobie. Lub w osobie obok, bo wcale nie był taki pewien, że jego duch nadal był w jego ciele. Mógł z tego przerażenia ulecieć kawałek dalej. Skoro jednak mężczyzna go rozpoznał (skądś) to chyba nie było z nim źle? Na domiar lepszego - wstał i zaczął się za czymś rozglądać. Ręka selkie od razu powędrowała za nim, złapał go za rękaw delikatnie. Wystarczył drobny ruch, a jego palce spłynęłyby w dół i nie byłoby żadnego dotyku, żadnego kontaktu. Nie chciał go zatrzymywać, chciał jedynie dać komunikać, żeby przystanął choć na moment. - Prawie utonąłeś, proszę, nie zrywaj się... - Nigdzie? Dokądkolwiek? Ale w sumie to powinni gdzieś się ruszyć, bo tu było diabelnie zimno! Nie, wróć. Nie musieli. Puścił go i wyjął różdżkę, żeby machnąć nią w powietrzu i wysuszyć ich ubrania - transmutacją usunąć wodę z nich i strącić ją z zebranych kropel na bok. To było ledwo parę machnięć i kropelka skupienia.
- Miałem cię zostawić w tej wodzie? - Trochę zwątpił. Podniósł się i otrzepał swoje spodnie, zaczął otrzepywać koszulę, zaraz będzie otrzepywał włosy, a potem płakał i jęczał, że w ogóle jest taki brudny. Jeszcze ten czas nie nastał. Ciągle spoglądał na Astarotha. Właśnie - miał go zostawić? Nie. Ale... wątpił. Patrząc na niego wątpił. Co jeśli... - Dlaczego w ogóle wszedłeś w ten sztorm? - Czy to w ogóle była rozmowa na tu i teraz? Laurent aż się otrząsnął z tego uczucia absurdu sytuacji. - Przepraszam, to nie powinna być moja sprawa, ale... życie jest cenne, nie powinieneś... nie powinieneś... - próbować go sobie odbierać. Z drugiej strony - wcale nie wyglądał mu teraz na potencjalnego samobójcę... ale może to szok?