07.03.2024, 08:10 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.03.2024, 10:48 przez Brenna Longbottom.)
- Nie zjebałaś - powiedziała Brenna, krótko i cicho, bo gardło bolało ją okrutnie i każde słowo wydostawało się z niego z trudem. Och jasne, Heather lepiej zrobiłaby, spychając inferniusa z niej z translokacji, ale większość poparzeń powstała już przy pierwszej kuli ognia, a Brenna nie zamierzała narzekać, że przeżyła. Sama nie zdołałaby zrzucić z siebie tego stwora i z dużym prawdopodobieństwem nigdy nie wyszłaby z tej jaskini: wydusiłby z niej życie razem z oddechem. Podparła się o Wood – dość dziwnie, bo próbowała nie robić tego dłonią, pokrytą poparzeniami – jednocześnie z trudem różdżkę wciskając do kieszeni.
Wyjątkowo nie marudziła, że da sobie radę, kiedy dopadł do niej Vincent. Może dlatego, że niezbyt mogła mówić, a może bo doskonale wiedziała, że nie, raczej sobie tej rady nie da, a przynajmniej nie będzie poruszała się dość szybko, aby nie opóźnić innych.
Przynajmniej tyle, że ostatecznie jedyną, która oberwała fizycznie naprawdę mocno, była ona... chociaż uniesiona posłała zaniepokojone spojrzenie Dorze, upewniając się, że ta zdołała wstać. Brenna była trochę zbyt zajęta "własnym" inferiusem, by mogła zauważyć, co dokładnie spotkało Crawley.
– Też mam wiggenowy - mruknęła tylko. Spoczywał w jej kieszeni, chociaż nie sięgnęła po niego od razu, pełna obaw, że po prostu nie zdoła wydobyć buteleczki i ta umknie spomiędzy poranionych palców. Dopiero kiedy wybiegli na zewnątrz, na światło dnia, wsunęła dłoń do kieszeni, wydobywając fiolkę. Ta nie miała być cudownym remedium na wszystkie obrażenia, ale powinna choć trochę pomóc na niektóre rany.
- Łódź. Potem Morpheus, Erik. Zabierzcie to do strażnicy. Dumbledore musi zobaczyć tę broń. - I najlepiej ją zniszczyć, pomyślała Brenna, ale nie powiedziała tego na głos. Sama chętnie pobiegłaby prosto do dyrektora, nie była jednak w stanie się do tego zebrać. Morpheus trzymał nóż, ale nie mogła posłać go z nim samego, bo nawet jeżeli była zamroczona, słyszała, co ten krzyczał do Dory. - Heather, Dora, Lupinowie. Poproś, żeby obejrzeli Dorę. Jeśli Cedrick może, niech wpadnie do mnie. Vinc, przykro mi, muszę cię pofatygować, nie dam rady się teleportować – wymamrotała, nietypowo dla siebie starając się mówić bardzo oszczędnie, by nie męczyć obolałego gardła.
Słońce nie zaszło, ale zmieniło położenie. Dotarli tutaj rano - teraz z pewnością minęło południe. Pozostawali nieprzytomni przez kilka godzin.
Heather przez moment zdało się, że widzi półprzeźroczystą sylwetkę. Andrew uśmiechnął się do niej... I znikł. Być może nic go już tutaj nie trzymało?
Morpheus wciąż czuł coś nieprzyjemnego, gdy trzymał broń w dłoni. Teraz, w świetle dnia, nie było to aż tak intensywne, ale kiedy oddalali się od jaskini, wiedział skądś po prostu, że w jego ręku spoczywa czarnomagiczny artefakt. Może z powodu światła jednak - nic już się nie wydarzyło i bezpiecznie dotarli ma brzeg.
Wyjątkowo nie marudziła, że da sobie radę, kiedy dopadł do niej Vincent. Może dlatego, że niezbyt mogła mówić, a może bo doskonale wiedziała, że nie, raczej sobie tej rady nie da, a przynajmniej nie będzie poruszała się dość szybko, aby nie opóźnić innych.
Przynajmniej tyle, że ostatecznie jedyną, która oberwała fizycznie naprawdę mocno, była ona... chociaż uniesiona posłała zaniepokojone spojrzenie Dorze, upewniając się, że ta zdołała wstać. Brenna była trochę zbyt zajęta "własnym" inferiusem, by mogła zauważyć, co dokładnie spotkało Crawley.
– Też mam wiggenowy - mruknęła tylko. Spoczywał w jej kieszeni, chociaż nie sięgnęła po niego od razu, pełna obaw, że po prostu nie zdoła wydobyć buteleczki i ta umknie spomiędzy poranionych palców. Dopiero kiedy wybiegli na zewnątrz, na światło dnia, wsunęła dłoń do kieszeni, wydobywając fiolkę. Ta nie miała być cudownym remedium na wszystkie obrażenia, ale powinna choć trochę pomóc na niektóre rany.
- Łódź. Potem Morpheus, Erik. Zabierzcie to do strażnicy. Dumbledore musi zobaczyć tę broń. - I najlepiej ją zniszczyć, pomyślała Brenna, ale nie powiedziała tego na głos. Sama chętnie pobiegłaby prosto do dyrektora, nie była jednak w stanie się do tego zebrać. Morpheus trzymał nóż, ale nie mogła posłać go z nim samego, bo nawet jeżeli była zamroczona, słyszała, co ten krzyczał do Dory. - Heather, Dora, Lupinowie. Poproś, żeby obejrzeli Dorę. Jeśli Cedrick może, niech wpadnie do mnie. Vinc, przykro mi, muszę cię pofatygować, nie dam rady się teleportować – wymamrotała, nietypowo dla siebie starając się mówić bardzo oszczędnie, by nie męczyć obolałego gardła.
Słońce nie zaszło, ale zmieniło położenie. Dotarli tutaj rano - teraz z pewnością minęło południe. Pozostawali nieprzytomni przez kilka godzin.
Heather przez moment zdało się, że widzi półprzeźroczystą sylwetkę. Andrew uśmiechnął się do niej... I znikł. Być może nic go już tutaj nie trzymało?
Morpheus wciąż czuł coś nieprzyjemnego, gdy trzymał broń w dłoni. Teraz, w świetle dnia, nie było to aż tak intensywne, ale kiedy oddalali się od jaskini, wiedział skądś po prostu, że w jego ręku spoczywa czarnomagiczny artefakt. Może z powodu światła jednak - nic już się nie wydarzyło i bezpiecznie dotarli ma brzeg.
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.