07.03.2024, 14:27 ✶
Tak jak twarz Samuela-człowieka była bardzo plastyczna, zdająca się wręcz otwartą księgą przed rozmówcą, tak Samuel-niedźwiedź nie miał zgłębionych tajników transpozycji ludzkiej mimiki na misiowe możliwości. Tylko jego ucho poruszyło się niesymetrycznie, przechylił łeb postępując znów ku Erikowi, wyciągając nos przed siebie, jakby w zaciekawieniu, a może właśnie... uśmiechu? Trudno było rozpoznać za krótko się w końcu znali, a w tej formie w szczególności.
Było to jednak coś na kształt zwierzęcego smirka, wyraźnie w zrelaksowanej postawie wielkiej bestii (nawet jeśli nie tak majestatycznej) wskazywało na chęć psoty. Parsknął, sapnął (rozbawiony?), po czym uniósł wielką łapę, którą już wcześniej okładał fale. Rozmiar tej łapy, sam ciężar, a jeszcze z siłą i odpowiednią techniką z pewnością doprowadziłby "skazańca" do kompletnego zmoczenia. Można to było zobaczyć oczyma wyobraźni, tę salwę, tę lśniącą kaskadę spienionej jeziornej sprawiedliwości.
Tylko, że nie.
Za brunatnymi plecami niedźwiedzia rozległo się głośne, ostrzegawcze szczeknięcie, który płynnie przeszło w gardłowy gulgot. Ponurak stał na brzegu najeżony, udający dwukrotnie większego, choć z oczywistych względów był wciąż mniejszy od przeciwnika, którego sobie wybrał. Przed którym zamierzał bronić swojego pana. Zajęty wcześniej obwąchiwaniem krzaków (z pewnością były tam, jakieś króliki, kiedyś całkiem niedawno, może rano?) z pewnym opóźnieniem dotarł na brzeg i momentalnie przeszedł do ofensywy, gotów poświęcić własny żywot w obronie tego, który dał mu dom.
To nastąpiło od razu. W mgnieniu oka blondyn ukrył swoją sierść "do środka", schował futro pozostajac w tej samej pozie co niedźwiedź - a więc na czworakach, opierając się jedną ręką o muliste dno, a drugą unosząc jak do ataku.
Był mokry.
Woda ściekała po jego twarzy, zapatrzonej teraz w górującego nad nim Erika, był zaskoczony, ale też skupiony. Płynnym ruchem usiadł w wodzie, jakby jej tam wcale nie było, a dłoń, którą chciał wywołać falę, wyciągnął w kierunku zdenerwowanego psa.
– Hej kolego... – jego głos był miękki, kojący, przetkany poczuciem winy, przeprosinami, których nie potrzeba było wyrażać słowem, a cała postawą. – To ja, zobacz... Tylko się bawiliśmy, nic złego się nie dzieje...Brenna Ci nie pokazywała, że niektórzy tak potrafią? – Żadnych gwałtownych ruchów, żadnej więcej interakcji w jego kierunku. Trwał, licząc na to, że pies zrozumie.
Było to jednak coś na kształt zwierzęcego smirka, wyraźnie w zrelaksowanej postawie wielkiej bestii (nawet jeśli nie tak majestatycznej) wskazywało na chęć psoty. Parsknął, sapnął (rozbawiony?), po czym uniósł wielką łapę, którą już wcześniej okładał fale. Rozmiar tej łapy, sam ciężar, a jeszcze z siłą i odpowiednią techniką z pewnością doprowadziłby "skazańca" do kompletnego zmoczenia. Można to było zobaczyć oczyma wyobraźni, tę salwę, tę lśniącą kaskadę spienionej jeziornej sprawiedliwości.
Tylko, że nie.
Za brunatnymi plecami niedźwiedzia rozległo się głośne, ostrzegawcze szczeknięcie, który płynnie przeszło w gardłowy gulgot. Ponurak stał na brzegu najeżony, udający dwukrotnie większego, choć z oczywistych względów był wciąż mniejszy od przeciwnika, którego sobie wybrał. Przed którym zamierzał bronić swojego pana. Zajęty wcześniej obwąchiwaniem krzaków (z pewnością były tam, jakieś króliki, kiedyś całkiem niedawno, może rano?) z pewnym opóźnieniem dotarł na brzeg i momentalnie przeszedł do ofensywy, gotów poświęcić własny żywot w obronie tego, który dał mu dom.
To nastąpiło od razu. W mgnieniu oka blondyn ukrył swoją sierść "do środka", schował futro pozostajac w tej samej pozie co niedźwiedź - a więc na czworakach, opierając się jedną ręką o muliste dno, a drugą unosząc jak do ataku.
Był mokry.
Woda ściekała po jego twarzy, zapatrzonej teraz w górującego nad nim Erika, był zaskoczony, ale też skupiony. Płynnym ruchem usiadł w wodzie, jakby jej tam wcale nie było, a dłoń, którą chciał wywołać falę, wyciągnął w kierunku zdenerwowanego psa.
– Hej kolego... – jego głos był miękki, kojący, przetkany poczuciem winy, przeprosinami, których nie potrzeba było wyrażać słowem, a cała postawą. – To ja, zobacz... Tylko się bawiliśmy, nic złego się nie dzieje...Brenna Ci nie pokazywała, że niektórzy tak potrafią? – Żadnych gwałtownych ruchów, żadnej więcej interakcji w jego kierunku. Trwał, licząc na to, że pies zrozumie.