07.03.2024, 14:45 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.03.2024, 10:25 przez Samuel McGonagall.)
O bogowie
Rozmawianie było bardzo trudne. Na szczęście pił wcześniej, na szczęście oboje pili. Grzane wino, magiczne drinki dla kurażu i potem miód, doskonałe połączenie na zmiękczenie barier i zasieków, które by sprawiały, że ten wieczór nigdy by tak nie wyglądał. Ale teraz rozmawiali i podchmielony (czy może raczej podmiodniony) umysł Samuela galopował.
U babci.
Te wszystkie piekielne miny Lizzy, te pytania, czy może jednak nie chce pokoju, bo ma jeden przygotowany specjalnie dla niego. Te wszystkie wieczory, kiedy siedział na sali niemal już pustej, a ona prosiła by jeszcze chwilę posiedział, co jakis czas spogladajac na drzwi. Nagle, zaczął łączyć kropki podstępu, który planowała kobiecina może już od jakiegoś czasu. I to nie jest tak, że nie chciał spotkać z Nory, że nie chciał być w jej towarzystwie. On to tak samo mocno chciał jak i jej unikał. A od maja, kiedy był w Dolinie musiał przyznać, że sporo gimnastyki to wymagało od niego, ale każde takie ziarenko drapało starą, zupełnie niezardzewiałą... miłość? Nie. Już dawno powiedział to sobie i wytłumaczył, że to nie jest miłość. A to? To zdecydowanie nie jest randka. Odprowadzał ją tylko, dbał o bezpieczeństwo, tłumaczyli sobie rzeczy. Tak.
Rozmawiali.
Powiedzieć Norze, że śpi się w stodole razem ze swoimi zwierzętami, to tak jakby... westchnął, sapnął, wypychane powietrze ruszyło policzkami i wargami. Kalkulował, bo przecież nie chciał kłamać, bo przecież nigdy nie kłamał. Czuł jednak coś, co mógłby nazwać upokorzeniem. Tak jak w ogóle mu nie przeszkadzały jego warunki lokalowe, tak teraz, przy niej paliło go, że to żałosne z jego strony, że nawet nie wynajął sobie pokoju.
– Musiałem się przenieść po Beltane. Od maja w sensie. Dom stoi, ale kiedy do niego wrócę, to nie wiem. – Pierwsza połowa była prosta. Jeszcze tylko druga, bo wiedział, że Nora nie odpuści, nie gdy temat jest tak prosty. Jeśli będzie kręcić (och wcale rozmyślając o tym nie przygryzał mocno wargi, nie tarł dłonią po nosie, wcale tego nie robił...) to z pewnością się zorientuje, że coś jest nie tak. Pomyśli o nim źle. Nie o tym mieli rozmawiać...
– Jestem, chyba jestem ogrodnikiem u Longbottomów. Pracuję tam od końca czerwca no i tak, Brenna dała mi do dyspozycji domek ogrodnika. – Ha! Nagle list, nagle propozycja, na którą ZDECYDOWANIE nie zamierzał odpowiadać, nagle stała się jego wybawieniem. Domek stał dumnie, mały, wygodny, obrośnięty bluszczem, który nie miał prawa tak szybko wyrosnąć. Trochę jak z Samuelem w sercu Warowni, mała sadzonka nie potrzebowała wiele czasu, by opleść ściany, udawać, że była tam od zawsze. Nie chciał być problemem, ale teraz nagle ta opcja wydała mu się odpowiednia. Jakoś to potem Brennie wytłumaczy. – ...także będziemy wracać w tą samą stronę, żaden problem. – dokończył nawet zadowolony z siebie.
Dotarli nad brzeg. Gwiazdy były oszalamiające. Głęboko zaciągnął się powietrzem, charakterystyczną wonią jeziora nocą. Niedaleko był stary pomost, na którym oglądali gwiazdy przed laty, na którym słuchał jak Nora snuje marzenia o świetlanej cukierniczej przyszłości. Marzenia, w których myślała, że jest dla niego miejsce.
– Czy potrzebujesz czegoś więcej? – było tak pięknie, tak spokojnie. Tafla była gładka, szuwary nie wydawały jednego chociaż dźwięku. – bo ja chyba nie. Najpiękniej jest tu, teraz gdy Perseidy uciekają przed nami, nikt i nic nie jest w stanie zburzyć spokoju. – to było jego marzenie. Stan ciągły, trwały, niezmienny. Niemożliwy do osiągnięcia.
– Idziemy na pomost? – zapytał znów, uśmiechając się tym słodko-gorzkim grymasem nostalgii, gdy człowiek usilnie stara się, aby dobre wspomnienie w świetle teraźniejszych zdarzeń wciąż pozostało czymś przyjemnym...
Rozmawianie było bardzo trudne. Na szczęście pił wcześniej, na szczęście oboje pili. Grzane wino, magiczne drinki dla kurażu i potem miód, doskonałe połączenie na zmiękczenie barier i zasieków, które by sprawiały, że ten wieczór nigdy by tak nie wyglądał. Ale teraz rozmawiali i podchmielony (czy może raczej podmiodniony) umysł Samuela galopował.
U babci.
Te wszystkie piekielne miny Lizzy, te pytania, czy może jednak nie chce pokoju, bo ma jeden przygotowany specjalnie dla niego. Te wszystkie wieczory, kiedy siedział na sali niemal już pustej, a ona prosiła by jeszcze chwilę posiedział, co jakis czas spogladajac na drzwi. Nagle, zaczął łączyć kropki podstępu, który planowała kobiecina może już od jakiegoś czasu. I to nie jest tak, że nie chciał spotkać z Nory, że nie chciał być w jej towarzystwie. On to tak samo mocno chciał jak i jej unikał. A od maja, kiedy był w Dolinie musiał przyznać, że sporo gimnastyki to wymagało od niego, ale każde takie ziarenko drapało starą, zupełnie niezardzewiałą... miłość? Nie. Już dawno powiedział to sobie i wytłumaczył, że to nie jest miłość. A to? To zdecydowanie nie jest randka. Odprowadzał ją tylko, dbał o bezpieczeństwo, tłumaczyli sobie rzeczy. Tak.
Rozmawiali.
Powiedzieć Norze, że śpi się w stodole razem ze swoimi zwierzętami, to tak jakby... westchnął, sapnął, wypychane powietrze ruszyło policzkami i wargami. Kalkulował, bo przecież nie chciał kłamać, bo przecież nigdy nie kłamał. Czuł jednak coś, co mógłby nazwać upokorzeniem. Tak jak w ogóle mu nie przeszkadzały jego warunki lokalowe, tak teraz, przy niej paliło go, że to żałosne z jego strony, że nawet nie wynajął sobie pokoju.
– Musiałem się przenieść po Beltane. Od maja w sensie. Dom stoi, ale kiedy do niego wrócę, to nie wiem. – Pierwsza połowa była prosta. Jeszcze tylko druga, bo wiedział, że Nora nie odpuści, nie gdy temat jest tak prosty. Jeśli będzie kręcić (och wcale rozmyślając o tym nie przygryzał mocno wargi, nie tarł dłonią po nosie, wcale tego nie robił...) to z pewnością się zorientuje, że coś jest nie tak. Pomyśli o nim źle. Nie o tym mieli rozmawiać...
– Jestem, chyba jestem ogrodnikiem u Longbottomów. Pracuję tam od końca czerwca no i tak, Brenna dała mi do dyspozycji domek ogrodnika. – Ha! Nagle list, nagle propozycja, na którą ZDECYDOWANIE nie zamierzał odpowiadać, nagle stała się jego wybawieniem. Domek stał dumnie, mały, wygodny, obrośnięty bluszczem, który nie miał prawa tak szybko wyrosnąć. Trochę jak z Samuelem w sercu Warowni, mała sadzonka nie potrzebowała wiele czasu, by opleść ściany, udawać, że była tam od zawsze. Nie chciał być problemem, ale teraz nagle ta opcja wydała mu się odpowiednia. Jakoś to potem Brennie wytłumaczy. – ...także będziemy wracać w tą samą stronę, żaden problem. – dokończył nawet zadowolony z siebie.
Dotarli nad brzeg. Gwiazdy były oszalamiające. Głęboko zaciągnął się powietrzem, charakterystyczną wonią jeziora nocą. Niedaleko był stary pomost, na którym oglądali gwiazdy przed laty, na którym słuchał jak Nora snuje marzenia o świetlanej cukierniczej przyszłości. Marzenia, w których myślała, że jest dla niego miejsce.
– Czy potrzebujesz czegoś więcej? – było tak pięknie, tak spokojnie. Tafla była gładka, szuwary nie wydawały jednego chociaż dźwięku. – bo ja chyba nie. Najpiękniej jest tu, teraz gdy Perseidy uciekają przed nami, nikt i nic nie jest w stanie zburzyć spokoju. – to było jego marzenie. Stan ciągły, trwały, niezmienny. Niemożliwy do osiągnięcia.
– Idziemy na pomost? – zapytał znów, uśmiechając się tym słodko-gorzkim grymasem nostalgii, gdy człowiek usilnie stara się, aby dobre wspomnienie w świetle teraźniejszych zdarzeń wciąż pozostało czymś przyjemnym...