07.03.2024, 20:52 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.03.2024, 23:23 przez Millie Moody.)
Odgłos przetaczających się złocistych oczu przypominał turlające się złote galeony, choć turlające się z pewnością nie w tym domu przez wzgląd na krzywizny podłogi oraz zasobność portfela jego mieszkańców. Milles odchylając się i patrząc na fancy wdzianka swojego gościa, na pieprzące się kolory w ombriańskiej wymianie płynów ustrojowych, była przekoanana, że przybicie Morpheusa do ściany z pewnością zwiększyłoby wartość rezydencji rodzeństwa Moody. Żywego, czy martwego. Coś jej mówiło, że martwy Morpheus wyglądałby równie pięknie jak żywy.
– Czekaj, czekaj... – wyciągnęła głowę bojową nią podrygując, jak młoda kurka na densflorze – Zadufany w sobie czystokrwisty dupek, który dostał tę robotę dzięki układom. Panie Longbottom, nie spodziewałam się po panu takiego autokrytycyzmu. – prychnęła, ale ogień przyjęła z ulgą i momentalnie zaciągnęła się tak, że 1/3 papierosa... no cóż, poszła z dymem.
Potylica stuknęła jeszcze raz o ścianę, tym razem w wyrazie ulgi, a nie frustracji. Przymknęła oczy, inhalując się dymem z takim samym zaangażowaniem, z jakim ignorowała ciąg dalszy jego wypowiedzi.
– Aportować to może Twój... – zmrużyła oczy zastanawiając się nad rozgałęzieniami drzewa genealogicznego Longbottomów. Wiedziała, że Morpheus był starszy, jakoś jednak to tak wychodziło, że trzymał się z jej "pokoleniem" przez co kuzyn, pasowałoby bardziej... z drugiej strony wygodnie było tak się wozić na nieletnich (nieważne że spokojnie zbliżała się do trzydziestki) i podbijać sobie ich energią swoją własną – Erik. Jop, pies do kwadratu. – Fakt, że jej brat też był wilkołakiem, nie powinien obchodzić kogokolwiek, ale i tak pointa rozmyła się nieco. Znak, że Milles tonęła we frustracji, a cięty język był znacząco przytępiony przez przykucie do łóżka.
– Wiesz, jak jest na ulicach? Już zaczęli? – zapytała nagle poważniej, próbując podnieść rękę i jednak wyciągnąć sobie peta z ust, aby nie popielić koszulki Alastora. – Also... masz bimber? – jedna brew poszybowała ku górze zadziornie. Żaden z lekarzy nie powiedział, że bimber może zaszkodzić. Palenie w łóżku tak (jakby ją sparaliżowało), ale alkohol? Nada, ani słowa!
– Czekaj, czekaj... – wyciągnęła głowę bojową nią podrygując, jak młoda kurka na densflorze – Zadufany w sobie czystokrwisty dupek, który dostał tę robotę dzięki układom. Panie Longbottom, nie spodziewałam się po panu takiego autokrytycyzmu. – prychnęła, ale ogień przyjęła z ulgą i momentalnie zaciągnęła się tak, że 1/3 papierosa... no cóż, poszła z dymem.
Potylica stuknęła jeszcze raz o ścianę, tym razem w wyrazie ulgi, a nie frustracji. Przymknęła oczy, inhalując się dymem z takim samym zaangażowaniem, z jakim ignorowała ciąg dalszy jego wypowiedzi.
– Aportować to może Twój... – zmrużyła oczy zastanawiając się nad rozgałęzieniami drzewa genealogicznego Longbottomów. Wiedziała, że Morpheus był starszy, jakoś jednak to tak wychodziło, że trzymał się z jej "pokoleniem" przez co kuzyn, pasowałoby bardziej... z drugiej strony wygodnie było tak się wozić na nieletnich (nieważne że spokojnie zbliżała się do trzydziestki) i podbijać sobie ich energią swoją własną – Erik. Jop, pies do kwadratu. – Fakt, że jej brat też był wilkołakiem, nie powinien obchodzić kogokolwiek, ale i tak pointa rozmyła się nieco. Znak, że Milles tonęła we frustracji, a cięty język był znacząco przytępiony przez przykucie do łóżka.
– Wiesz, jak jest na ulicach? Już zaczęli? – zapytała nagle poważniej, próbując podnieść rękę i jednak wyciągnąć sobie peta z ust, aby nie popielić koszulki Alastora. – Also... masz bimber? – jedna brew poszybowała ku górze zadziornie. Żaden z lekarzy nie powiedział, że bimber może zaszkodzić. Palenie w łóżku tak (jakby ją sparaliżowało), ale alkohol? Nada, ani słowa!