07.03.2024, 21:33 ✶
Spokój i opanowanie, nie jest w stanie niestety wytworzyć ochronnej tarczy, czy rozproszyć ciskanych w siebie zaklęć. Uzbrojeni przeciwnicy nie zamierzali czekać.
– Aresto momentum! – krzyknęła ruda niemal natychmiast gdy skończył. Czas dla Neila stał się w odbiorze bardzo bardzo bardzo szybki. Jak we śnie, w którym chce się komuś przywalić, albo gdzieś uciec, a tymczasem cała rzeczywistość jest jak przezroczysta galaretka, która nie, nie pozwala ruszyć się z miejsca i uratować swojej skóry. Tylko że na zewnątrz tej galaretki czas biegł i to bardzo, bardzo szybko. Szefowa bandy cały czas miała go na muszce, ustami licząc czas trwania zaklęcia, odmierzając każdą sekundę skrupulatnie, aby być pewną, że ofiara będzie tak trwać dostatecznie długo.
Dwóch wyrostków natomiast doskoczyło do młodzika gdy tylko ten zastygł. Swoje różdżki schowali i zaczęli go obmacywać w poszukiwaniu czegoś wartościowego. Pieniędzy... Na pewno wezmą pieniądze. No bo przecież nie słoiki?
Tylko, że nie. Ich parszywe brudne dłonie padły na coś innego.
– Proszę proszę jaka malusieńka, cydrowa, ciekawe czy jebie jabłkami? – zakpił szczerbaty, wyciągając znalezisko z parszywym uśmiechem satysfakcji. Znalezisko było warte kilka galeonów, a taki mag bez różdżki... to jak bez ręki, nie miał szans, by zrobić im cokolwiek.
– CEDROWA młotku. – piegus na odlew walnął go po głowie i zabrał łup. Przez moment pomierzył jej wyważenie w ręku, zupełnie jakby był znawcą, Ollivanderem co najmniej, ale fakty były takie, że tylko się zgrywał.
– Spierdalać mi stąd kretyni, zaraz... dziewiętnaście, osiemnaście... przestanie działać! – ryknęła hersztka i blondas zreflektował się momentalnie i puścił się biegiem w kierunku z którego przyszedł Neil. Jego niższy kolega nie zamierzał jednak tak łatwo odpuścić i podszedł do Neila tylko po to, żeby zasadzić mu własną pięść w brzuchu. Tępy ból rozchodził się bardzo powoli, gdy do uszu dotarł śmierdzące tygodniami niemycia zębów: – I moja była dłuższa cwelu – zaraz potem kolejny cios walnął Neila w tył karku, zamykając mu oczy i świadomość, ciskając impetem ciało uwolnione z zaklęcia o chodnik.
Zapadła ciemność.
Gdy otworzył oczy, nie miał początkowo świadomości gdzie leży, jaka jest godzina, ani co to za kot obwąchuje mu nos. Zwierze zauważywszy, że jego potencjalny obiad się obudził, z sykiem oddalił się pospiesznie. Dookoła panowała cisza, gdzieś w oddali miasto żyło dalej. Nikt nie przejął się pobitym chłopakiem, nikt nie przejął się brakiem jego różdżki. Ani też nikt nie przejął się losem zakupów, które przy upadku, podobnie jak ich właściciel, doznały nieprzyjemnego spotkania z twardą i zimną rzeczywistością londyńskiego przesmyku.
– Aresto momentum! – krzyknęła ruda niemal natychmiast gdy skończył. Czas dla Neila stał się w odbiorze bardzo bardzo bardzo szybki. Jak we śnie, w którym chce się komuś przywalić, albo gdzieś uciec, a tymczasem cała rzeczywistość jest jak przezroczysta galaretka, która nie, nie pozwala ruszyć się z miejsca i uratować swojej skóry. Tylko że na zewnątrz tej galaretki czas biegł i to bardzo, bardzo szybko. Szefowa bandy cały czas miała go na muszce, ustami licząc czas trwania zaklęcia, odmierzając każdą sekundę skrupulatnie, aby być pewną, że ofiara będzie tak trwać dostatecznie długo.
Dwóch wyrostków natomiast doskoczyło do młodzika gdy tylko ten zastygł. Swoje różdżki schowali i zaczęli go obmacywać w poszukiwaniu czegoś wartościowego. Pieniędzy... Na pewno wezmą pieniądze. No bo przecież nie słoiki?
Tylko, że nie. Ich parszywe brudne dłonie padły na coś innego.
– Proszę proszę jaka malusieńka, cydrowa, ciekawe czy jebie jabłkami? – zakpił szczerbaty, wyciągając znalezisko z parszywym uśmiechem satysfakcji. Znalezisko było warte kilka galeonów, a taki mag bez różdżki... to jak bez ręki, nie miał szans, by zrobić im cokolwiek.
– CEDROWA młotku. – piegus na odlew walnął go po głowie i zabrał łup. Przez moment pomierzył jej wyważenie w ręku, zupełnie jakby był znawcą, Ollivanderem co najmniej, ale fakty były takie, że tylko się zgrywał.
– Spierdalać mi stąd kretyni, zaraz... dziewiętnaście, osiemnaście... przestanie działać! – ryknęła hersztka i blondas zreflektował się momentalnie i puścił się biegiem w kierunku z którego przyszedł Neil. Jego niższy kolega nie zamierzał jednak tak łatwo odpuścić i podszedł do Neila tylko po to, żeby zasadzić mu własną pięść w brzuchu. Tępy ból rozchodził się bardzo powoli, gdy do uszu dotarł śmierdzące tygodniami niemycia zębów: – I moja była dłuższa cwelu – zaraz potem kolejny cios walnął Neila w tył karku, zamykając mu oczy i świadomość, ciskając impetem ciało uwolnione z zaklęcia o chodnik.
Zapadła ciemność.
Gdy otworzył oczy, nie miał początkowo świadomości gdzie leży, jaka jest godzina, ani co to za kot obwąchuje mu nos. Zwierze zauważywszy, że jego potencjalny obiad się obudził, z sykiem oddalił się pospiesznie. Dookoła panowała cisza, gdzieś w oddali miasto żyło dalej. Nikt nie przejął się pobitym chłopakiem, nikt nie przejął się brakiem jego różdżki. Ani też nikt nie przejął się losem zakupów, które przy upadku, podobnie jak ich właściciel, doznały nieprzyjemnego spotkania z twardą i zimną rzeczywistością londyńskiego przesmyku.