08.03.2024, 17:14 ✶
Był, ale nie był. Istniał, ale nie istniał. Więzienie zacieśniało się, pulsowało, drgało w środku, spięciem mięśni przylegających do kośćca. Miała wrażenie, że dusi się, że topi coraz bardziej, a wilgoć łez jest wilgocią nieprzebranej oceanicznej czerni.
Latarnia pośród tej bezdennej pustki, złocista nić w labiryncie myśli i pulsujących wyobrażeń... to ciepłe światło, nęcący płomień tańcem hipnotyzujący zagubioną ćmę... Odchodziło, znikało, gasło, a wszystko zaczął ścinać kwietnym wzorem rozchodzący się od kręgów mróz:
...śpij i śnij, nikt cię nie chce, nikt nie obudzi, nie zakropi cytryny do oczu, nikt nie potrzebuje, nie pogłaszcze po głowie, nikt nie czeka...
syczał kłamliwie, lodowy dotyk, strach otulający znów bladą księżniczkę swoim kokonem, ciągnący ją ku głębinom, gdzie nie ma szans na zranienie, nie ma szans na nic. Lecz to nie bezruch, a cierpienie uczyło miłości do życia, brak i frustracja z niego popychały do działania. Alastor zupełnie nieświadomie, we własnym cierpieniu i zmęczeniu stał się wędką, nie rybą podaną wprost do dłoni. Stał się pokusą, która rozsierdzała, kusiła jeszcze przez chwilę, zapachem i obecnością, kusiła przerażeniem, że mogła zniknąć, odejść, przepaść na zawsze, cień minionych dni, szelest bezpiecznych nocy.
– ain't...– wychrypiała z trudem, rzężąc na granicy słyszalności, to może nawet nie było słowo, a stęknięcie, konwulsja
wściekłość buzowała w niej, elektryczny prąd woli i tłoczonej w żyłach magii próbował kolejny raz, ostatni raz rozruszać ten reaktor, wprawić w ruch wolę przetrwania. Pięści miała zaciśnięte mocno, kostki tak białe, jak czerwone były ukryte w uścisku opuszki palców, jakby gotowa do ataku, choć oboje wiedzieli, jakiego mizernego miała cela.
–...dead...– drugie słowo, wycedzone, język wyraźnie odbił się od podniebienia, tuż przy linii białych zębów, koralików tak często poprzedzających stek wyzwisk, oferowanych hojnie wszystkiemu i wszystkim. Pchnęła klatkę, ale nie mogła przebić się przez ochronną, katorżniczą błonę. Jakby ktoś wtłoczył ją w galaretę, jak we śnie, gdy bardzo chcesz komuś jebnąć, a jak na złość ręka, nie podążą za wolą, gdy chcesz uciec, a nogi brodzą w szlamie i nie postępujesz ani kroku. Senny paraliż nie był jednak czymś, co mogłaby jej teraz stać na drodze do jedynej osoby, która się od niej nie odwróciła, której ufała ponad wszystko, która zeszłaby po nią do piekła, a potem stanęła nad dołem smoły śmierdzącym siarką i potępieniem i z założonymi rękoma kibicowałaby jej próbom wyczołgania się. Co tak wolno? Ile mam tu stać?
–...arsehole – Był dupkiem, był pracoholikiem, był zdystansowanym twardzielem. Był jej bratem, jedyną osobą, której uczciwie mogłaby powiedzieć, że ją kocha, gdyby w ogóle to słowo było w stanie się kiedykolwiek pojawić w jej słowniku. Błona naprężyłą się i uległa w rozdarciu, ćma przebiła się przez kokon, gwałtownie, boleśnie, w trudzie ponownego porodu. Dziewczyna z impetem zleciała z łóżka na chłodną ziemię przydzielonej jej salki, do stóp tego, który och bogowie, modlitwy spełnione... jednak był prawdziwy. Twarz otoczona czarną aureolą, teraz płaszczyła się po palącym chłodzie, spoliczkowana rzeczywistością miała jeden cel... Jej dłoń momentalnie zacisnęła się na męskiej kostce, zaborczo, desperacko, chcąc wspiąć się po nim jak po pniu drzewa, by skryć się w uścisku, usłyszeć nie Groszka, nie Puka, a jego, cokolwiek chciał jej powiedzieć, cokolwiek będzie mogła wyśmiać i udawać, że wcale jego słowa, jego własne słowa, nie stały się najdrogocenniejszymi skarbami, teraz, gdy zagrała z Istotą o swoje życie, gdy tak bardzo dotknęło ich widmo własnej śmiertelności.
Latarnia pośród tej bezdennej pustki, złocista nić w labiryncie myśli i pulsujących wyobrażeń... to ciepłe światło, nęcący płomień tańcem hipnotyzujący zagubioną ćmę... Odchodziło, znikało, gasło, a wszystko zaczął ścinać kwietnym wzorem rozchodzący się od kręgów mróz:
...śpij i śnij, nikt cię nie chce, nikt nie obudzi, nie zakropi cytryny do oczu, nikt nie potrzebuje, nie pogłaszcze po głowie, nikt nie czeka...
syczał kłamliwie, lodowy dotyk, strach otulający znów bladą księżniczkę swoim kokonem, ciągnący ją ku głębinom, gdzie nie ma szans na zranienie, nie ma szans na nic. Lecz to nie bezruch, a cierpienie uczyło miłości do życia, brak i frustracja z niego popychały do działania. Alastor zupełnie nieświadomie, we własnym cierpieniu i zmęczeniu stał się wędką, nie rybą podaną wprost do dłoni. Stał się pokusą, która rozsierdzała, kusiła jeszcze przez chwilę, zapachem i obecnością, kusiła przerażeniem, że mogła zniknąć, odejść, przepaść na zawsze, cień minionych dni, szelest bezpiecznych nocy.
– ain't...– wychrypiała z trudem, rzężąc na granicy słyszalności, to może nawet nie było słowo, a stęknięcie, konwulsja
wściekłość buzowała w niej, elektryczny prąd woli i tłoczonej w żyłach magii próbował kolejny raz, ostatni raz rozruszać ten reaktor, wprawić w ruch wolę przetrwania. Pięści miała zaciśnięte mocno, kostki tak białe, jak czerwone były ukryte w uścisku opuszki palców, jakby gotowa do ataku, choć oboje wiedzieli, jakiego mizernego miała cela.
–...dead...– drugie słowo, wycedzone, język wyraźnie odbił się od podniebienia, tuż przy linii białych zębów, koralików tak często poprzedzających stek wyzwisk, oferowanych hojnie wszystkiemu i wszystkim. Pchnęła klatkę, ale nie mogła przebić się przez ochronną, katorżniczą błonę. Jakby ktoś wtłoczył ją w galaretę, jak we śnie, gdy bardzo chcesz komuś jebnąć, a jak na złość ręka, nie podążą za wolą, gdy chcesz uciec, a nogi brodzą w szlamie i nie postępujesz ani kroku. Senny paraliż nie był jednak czymś, co mogłaby jej teraz stać na drodze do jedynej osoby, która się od niej nie odwróciła, której ufała ponad wszystko, która zeszłaby po nią do piekła, a potem stanęła nad dołem smoły śmierdzącym siarką i potępieniem i z założonymi rękoma kibicowałaby jej próbom wyczołgania się. Co tak wolno? Ile mam tu stać?
–...arsehole – Był dupkiem, był pracoholikiem, był zdystansowanym twardzielem. Był jej bratem, jedyną osobą, której uczciwie mogłaby powiedzieć, że ją kocha, gdyby w ogóle to słowo było w stanie się kiedykolwiek pojawić w jej słowniku. Błona naprężyłą się i uległa w rozdarciu, ćma przebiła się przez kokon, gwałtownie, boleśnie, w trudzie ponownego porodu. Dziewczyna z impetem zleciała z łóżka na chłodną ziemię przydzielonej jej salki, do stóp tego, który och bogowie, modlitwy spełnione... jednak był prawdziwy. Twarz otoczona czarną aureolą, teraz płaszczyła się po palącym chłodzie, spoliczkowana rzeczywistością miała jeden cel... Jej dłoń momentalnie zacisnęła się na męskiej kostce, zaborczo, desperacko, chcąc wspiąć się po nim jak po pniu drzewa, by skryć się w uścisku, usłyszeć nie Groszka, nie Puka, a jego, cokolwiek chciał jej powiedzieć, cokolwiek będzie mogła wyśmiać i udawać, że wcale jego słowa, jego własne słowa, nie stały się najdrogocenniejszymi skarbami, teraz, gdy zagrała z Istotą o swoje życie, gdy tak bardzo dotknęło ich widmo własnej śmiertelności.