08.03.2024, 20:18 ✶
To było dziwne, bo w pewnym momencie odniósł wrażenie, że nawet gdy skończył pracę i wszyscy byli już zadowoleni, a kiesa napełniona galeonami, to Brenna zawsze dawała mu znać, że jest coś jeszcze, że zagonek do ogarnięcia, dziura w dachu stajni, a może jeszcze meble do domku ogrodnika dałoby się ogarnąć? Miał i inne, drobne zlecenia, ale kiedy tak o tym myślał, zdał sobie sprawę, że w Warowni przebywa więcej niż często. No i list... Bee zaproponowała mu lokum, bo jakoś dowiedziała się o tym, gdzie spał normalnie. A ewidentnie to miejsce było dedykowane ogrodnikowi właśnie.
– Nie wiem jak mnie tam nazywają, jeśli mam być szczery. Jak to działa. Nie pytałem, bo dają mi pracę i ja ją po prostu robię. – odpadł najprościej jak mógł. Nigdy nie przyjąłby jałmużny, to inna rzecz, był zbyt dumny na to, by brać pieniądze za nic. Ale wszystko co dawał Warowni zdawało mu się uczciwym układem. Nawet jeśli teraz pojawiłyby się jakieś wątpliwości, odgonił je pospiesznie, nie o teraz mieli mówić, a o kiedyś.
Odetchnął ciężko, wiedząc, że nie jest gotowy na tę rozmowę, ale też, że nigdy nie byłby w stanie określić, kiedy właściwie jest się gotowym.
Odprowadził ją wzrokiem, jak szła dumnie po starych, absolutnie niegodnych zaufania deskach. Sam zaproponował, sam teraz musiał wypić tego naważonego piwa. Było to bolesne, bez względu na to jak słodkim i gorzkim był ten buzujący, ciemny otaczającą ich nocą trunek.
– Ja też się cieszę i gratuluję Ci... widziałem... mmm... Brenna pokazała mi ulotkę Twojej klubokawiarni w Londynie. Pokątna, to brzmi bardzo dumnie, najlepsze miejsce, pewnie dużo ludzi i dużo spraw musisz ogarniać każdego dnia. Ale... to jest to o czym marzyłaś prawda? To miejsce? Twoje królestwo? – gdy skończył, stał już tuż obok, nie patrząc na nią a na niebo, na spadające gwiazdy, mogące nieść ich marzenia ku horyzontom zamieszkanym przez bogów.
Znów zamilkł, rozmyślając, a może nade wszystko czując żal, który niespiesznie przed nim odkrywała.
– Przepraszam, że... że teraz zburzyłem Twój spokój. Nie powinienem pojawiać się na tej potańcówce. – mogła być królową wieczoru, a on wziął ją na zaszklone magicznym mrozem jezioro i opowiadał o klątwie matki. Jak żałosnym musiał być, by rujnować jej czas, jej szczęście i uśmiech, który miała, wchodząc na salę, a który zastygł z powodu głupich słów, które wysmyknęły się przez głupią piosenkę. Był zły na siebie, ale nie o niego teraz chodziło. Próbował oddychać głęboko, nie pozwolić emocjom wysmyknąć się z bezpiecznej przestrzeni, gdzie był w stanie trzymać swoją klątwę na wodzy.
– Nie wiem jak mnie tam nazywają, jeśli mam być szczery. Jak to działa. Nie pytałem, bo dają mi pracę i ja ją po prostu robię. – odpadł najprościej jak mógł. Nigdy nie przyjąłby jałmużny, to inna rzecz, był zbyt dumny na to, by brać pieniądze za nic. Ale wszystko co dawał Warowni zdawało mu się uczciwym układem. Nawet jeśli teraz pojawiłyby się jakieś wątpliwości, odgonił je pospiesznie, nie o teraz mieli mówić, a o kiedyś.
Odetchnął ciężko, wiedząc, że nie jest gotowy na tę rozmowę, ale też, że nigdy nie byłby w stanie określić, kiedy właściwie jest się gotowym.
Odprowadził ją wzrokiem, jak szła dumnie po starych, absolutnie niegodnych zaufania deskach. Sam zaproponował, sam teraz musiał wypić tego naważonego piwa. Było to bolesne, bez względu na to jak słodkim i gorzkim był ten buzujący, ciemny otaczającą ich nocą trunek.
– Ja też się cieszę i gratuluję Ci... widziałem... mmm... Brenna pokazała mi ulotkę Twojej klubokawiarni w Londynie. Pokątna, to brzmi bardzo dumnie, najlepsze miejsce, pewnie dużo ludzi i dużo spraw musisz ogarniać każdego dnia. Ale... to jest to o czym marzyłaś prawda? To miejsce? Twoje królestwo? – gdy skończył, stał już tuż obok, nie patrząc na nią a na niebo, na spadające gwiazdy, mogące nieść ich marzenia ku horyzontom zamieszkanym przez bogów.
Znów zamilkł, rozmyślając, a może nade wszystko czując żal, który niespiesznie przed nim odkrywała.
– Przepraszam, że... że teraz zburzyłem Twój spokój. Nie powinienem pojawiać się na tej potańcówce. – mogła być królową wieczoru, a on wziął ją na zaszklone magicznym mrozem jezioro i opowiadał o klątwie matki. Jak żałosnym musiał być, by rujnować jej czas, jej szczęście i uśmiech, który miała, wchodząc na salę, a który zastygł z powodu głupich słów, które wysmyknęły się przez głupią piosenkę. Był zły na siebie, ale nie o niego teraz chodziło. Próbował oddychać głęboko, nie pozwolić emocjom wysmyknąć się z bezpiecznej przestrzeni, gdzie był w stanie trzymać swoją klątwę na wodzy.