08.03.2024, 21:46 ✶
Cóż, Erik wyrabiał sobie zwyczaj wchodzenie na zaplecze klubokawiarni bez zapowiedzi, toteż nie miał najmniejszych problemów z tym, aby Nora włóczyła się po Warowni i swobodnie się po niej poruszała. Na tym etapie i tak była, jak członkini rodziny. A już zwłaszcza po tym, jak Erik i Brenna zostali wybrani na rodziców chrzestnych Mabel. Gdyby w salonie wisiał rodowy gobelin, to już dobre parę lat temu zostałby poprawiony, aby uwzględniać na nim obie panny Figg.
— Niestety tak — przytaknął z równie dużym ubolewaniem w głosie. — Jedyną alternatywą było spędzenie reszty dnia w biurze Brygady Uderzeniowej. A na to wybitnie nie miałem ochoty. W taką pogodę?
Zacmokał, rozglądając się wymownie na prawo i lewo. Aż żal było marnować ten dzień na siedzenie w dusznym biurze, pośród przepoconych Brygadzistów i Brygadzistek w przepisowych szarych mundurach.
— Widzisz? Jednak dobrze, że jestem w domu — skomentował z zadowoleniem, gdy zajrzał do kartonu. — Gdybyś przyniosła to do Ministerstwa, ktoś mógłby pomyśleć, że to próba przekupienia funkcjonariusza sił bezpieczeństwa. — Zanurzył rękę pośród ciastek i innych wyrobów z klubokawiarni, aż wyciągnął pojedynczy, zabarwiony na różowo makaronik. — To testery nowego menu?
Oczy mu się zaświeciły na samą myśl. Uwielbiał próbować różnych wersji przysmaków przygotowywanych przez Norę. Tradycja ta sięgała niemalże pierwszych lat wspólnej nauki w Hogwarcie. Erik zawsze miał dwie lewe ręce do pracy w kuchni, a panna Figg zdawała się odnajdywać w szkolnej pracowni wypełnionej skrzatami lepiej niż w niejednej salce lekcyjnej.
Niby mówiono, że każdy czarodziej miał naturalne predyspozycje do tego, aby wspaniale czarować i ciskać wymyślnymi zaklęciami z różdżki, jednak nie zawsze tak było. Niektórzy odnajdywali się w innym fachu. Uzdrowiciele, zielarze, historycy, a nawet kucharze i cukiernicy. Tak też było w przypadku jego przyjaciółki.
— A co spieszy ci się gdzieś? — obrzucił ją uważnym spojrzeniem, gotów skontrować ewentualną wymówkę. Skoro już zawitała w progi Warowni, to najwyraźniej miała trochę wolnego czasu. Chyba że zamierzała zostawić karton i w mig wrócić do Londynu. — Nie ma co się ograniczać, Noro. Najwyżej zamówię ci Błędnego do miasta.
Był gotów w każdej chwili posłać Malwę do barku, aby wybrała coś dobrego. Skrzatka wykazywała zdecydowanie zbyt duże zainteresowanie alkoholami, jednak jak dotąd działało to na ich korzyść. Wiedziała, kiedy podać jaki trunek, a nawet kojarzyła preferencji co częstszych gości posiadłości. Miała nawet po szafkach pochowane pojedyncze butelki ze swoimi eksperymentami bimbrowniczymi. Nie ma co sprytna była. Tak to jest, jak połowa rodziny ją wyręcza, skomentował, a chwilę później wezwał Malwę, która dostarczyła Norze wybrany przez nią napitek. Bez prądu, oczywiście.
— Mhmm, jesteś wyjątkowa — odparł nieco ironicznym tonem, uśmiechając się jednak szeroko. Wykręcił głowę, aby znowu spojrzeć na jej buty. — Wiesz, że tym można zabić, jakby kogoś nadepnęła?
— Niestety tak — przytaknął z równie dużym ubolewaniem w głosie. — Jedyną alternatywą było spędzenie reszty dnia w biurze Brygady Uderzeniowej. A na to wybitnie nie miałem ochoty. W taką pogodę?
Zacmokał, rozglądając się wymownie na prawo i lewo. Aż żal było marnować ten dzień na siedzenie w dusznym biurze, pośród przepoconych Brygadzistów i Brygadzistek w przepisowych szarych mundurach.
— Widzisz? Jednak dobrze, że jestem w domu — skomentował z zadowoleniem, gdy zajrzał do kartonu. — Gdybyś przyniosła to do Ministerstwa, ktoś mógłby pomyśleć, że to próba przekupienia funkcjonariusza sił bezpieczeństwa. — Zanurzył rękę pośród ciastek i innych wyrobów z klubokawiarni, aż wyciągnął pojedynczy, zabarwiony na różowo makaronik. — To testery nowego menu?
Oczy mu się zaświeciły na samą myśl. Uwielbiał próbować różnych wersji przysmaków przygotowywanych przez Norę. Tradycja ta sięgała niemalże pierwszych lat wspólnej nauki w Hogwarcie. Erik zawsze miał dwie lewe ręce do pracy w kuchni, a panna Figg zdawała się odnajdywać w szkolnej pracowni wypełnionej skrzatami lepiej niż w niejednej salce lekcyjnej.
Niby mówiono, że każdy czarodziej miał naturalne predyspozycje do tego, aby wspaniale czarować i ciskać wymyślnymi zaklęciami z różdżki, jednak nie zawsze tak było. Niektórzy odnajdywali się w innym fachu. Uzdrowiciele, zielarze, historycy, a nawet kucharze i cukiernicy. Tak też było w przypadku jego przyjaciółki.
— A co spieszy ci się gdzieś? — obrzucił ją uważnym spojrzeniem, gotów skontrować ewentualną wymówkę. Skoro już zawitała w progi Warowni, to najwyraźniej miała trochę wolnego czasu. Chyba że zamierzała zostawić karton i w mig wrócić do Londynu. — Nie ma co się ograniczać, Noro. Najwyżej zamówię ci Błędnego do miasta.
Był gotów w każdej chwili posłać Malwę do barku, aby wybrała coś dobrego. Skrzatka wykazywała zdecydowanie zbyt duże zainteresowanie alkoholami, jednak jak dotąd działało to na ich korzyść. Wiedziała, kiedy podać jaki trunek, a nawet kojarzyła preferencji co częstszych gości posiadłości. Miała nawet po szafkach pochowane pojedyncze butelki ze swoimi eksperymentami bimbrowniczymi. Nie ma co sprytna była. Tak to jest, jak połowa rodziny ją wyręcza, skomentował, a chwilę później wezwał Malwę, która dostarczyła Norze wybrany przez nią napitek. Bez prądu, oczywiście.
— Mhmm, jesteś wyjątkowa — odparł nieco ironicznym tonem, uśmiechając się jednak szeroko. Wykręcił głowę, aby znowu spojrzeć na jej buty. — Wiesz, że tym można zabić, jakby kogoś nadepnęła?
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞