08.03.2024, 22:12 ✶
Skrzypnięcie bramy prowadzącej na podwórze wywołał czarny, bezdomny kotek, który pchnął ją poprzez ocieranie się o nią swoją małą, kocią główką. Jednooki dachowiec był podobnie jak wiosenny wiatr hulający pomiędzy młodymi liśćmi drzewa, pod którym stała Viorica, jedynie straszakami. Dziewczyną postanowili pobawić się nią najwyraźniej rozbawieni jej sytuacją bogowie.
Te straszaki były jednak niczym pierwsza nuta - zapowiadały przybycie tego, kto miał się tutaj zjawić i wybawić ją z opresji. Crow pojawił się tutaj nagle - nie można powiedzieć niespodziewanie, bo go przecież poprosiła o spotkanie, ale było w tym coś niespodziewanego - bo kiedy człowiek oczekiwał spotkania z kimś, kto nie musiał się skradać, spodziewał się wejścia przez tę bramę, głośnego świstu teleportacji. Crow natomiast rozegrał to tak, jakby się tu nagle pod tym drzewem zmaterializował - kiedy oczy złodziejki utkwiły w kocie, a jej myśli skupiły się na zaciśnięciu palców na drewnianej różdżce, on stał po drugiej stronie drzewa, wsparty plecami o jego pień, głośno wgryzając się coś, co brzmiało jak owoc pokryty warstwą cukierków.
- To ja - powiedział, przerywając niezręczną ciszę pomiędzy chrupnięciami i oderwał się od tego pnia, żeby przejść w jej stronę. - Nikt nas nie obserwuje - dodał, przekręcając głowę jak zaciekawiony piesek, kiedy analizował jej aktualną aparycję. Nie należał nigdy do ludzi szczególnie wścibskich, ale nawet on zwrócił uwagę na to, w jaki sposób Viorica się prezentowała. Zaryzykowałby stwierdzenie, że wyglądała gorzej niż on, chociaż nie widział słońca od kilkunastu dni i powoli zaczynało kręcić mu się w głowie od przebywania w Podziemiach. - Sorry, nie chciałem wyglądać nieczule, kiedy zdychasz. Po prostu tylko na powierzchni można dostać jabłka w czymś takim - przełknął kawałek, który obracał w ustach od dłuższej chwili. W istocie - to nie było po prostu jabłko, to był łakoć umoczony w absurdalnej, obrzydliwej wręcz ilości cukrowych polew. Sam Crow trzymając to, wyglądał niepoważnie - z jednej strony zakradł się tu jak specjalista, wyglądał w tym czarnym stroju i łańcuchach jak bandyta, a z drugiej... z tak wielkim lizakiem i wygolonymi bokami, czarnymi puklami irokeza opadającymi na lewe oko... przypominał trochę przerośnięte dziecko. Prezentował się jak ktoś młodziutki, zagubiony, odkrywający swoją naturę poprzez bunt przeciwko wszystkiemu i wszystkim, ale Crow nastolatkiem to był przynajmniej dekadę temu, o ile nie więcej - ani był dzieciakiem, ani kimś mało zorientowanym w świecie.
Skinął do niej głową, jakby chciał powiedzieć mów, Vior, ale żadne słowa się z niego nie wydobyły. Nic nadzwyczajnego w tym nie było - często wybierał niewerbalne komunikaty, chociaż zwykle był w tym nieco bardziej szorstki niż dzisiaj. Tego dnia w jego wzroku nie odnalazła takiej charakterystycznej obojętności - coś go tknęło, oko mu zabłysło, kiedy mierzył ją spojrzeniem, ale to wcale nie znaczyło, że zamierzał pomóc jej z tym, z czym do niego przyszła.
Te straszaki były jednak niczym pierwsza nuta - zapowiadały przybycie tego, kto miał się tutaj zjawić i wybawić ją z opresji. Crow pojawił się tutaj nagle - nie można powiedzieć niespodziewanie, bo go przecież poprosiła o spotkanie, ale było w tym coś niespodziewanego - bo kiedy człowiek oczekiwał spotkania z kimś, kto nie musiał się skradać, spodziewał się wejścia przez tę bramę, głośnego świstu teleportacji. Crow natomiast rozegrał to tak, jakby się tu nagle pod tym drzewem zmaterializował - kiedy oczy złodziejki utkwiły w kocie, a jej myśli skupiły się na zaciśnięciu palców na drewnianej różdżce, on stał po drugiej stronie drzewa, wsparty plecami o jego pień, głośno wgryzając się coś, co brzmiało jak owoc pokryty warstwą cukierków.
- To ja - powiedział, przerywając niezręczną ciszę pomiędzy chrupnięciami i oderwał się od tego pnia, żeby przejść w jej stronę. - Nikt nas nie obserwuje - dodał, przekręcając głowę jak zaciekawiony piesek, kiedy analizował jej aktualną aparycję. Nie należał nigdy do ludzi szczególnie wścibskich, ale nawet on zwrócił uwagę na to, w jaki sposób Viorica się prezentowała. Zaryzykowałby stwierdzenie, że wyglądała gorzej niż on, chociaż nie widział słońca od kilkunastu dni i powoli zaczynało kręcić mu się w głowie od przebywania w Podziemiach. - Sorry, nie chciałem wyglądać nieczule, kiedy zdychasz. Po prostu tylko na powierzchni można dostać jabłka w czymś takim - przełknął kawałek, który obracał w ustach od dłuższej chwili. W istocie - to nie było po prostu jabłko, to był łakoć umoczony w absurdalnej, obrzydliwej wręcz ilości cukrowych polew. Sam Crow trzymając to, wyglądał niepoważnie - z jednej strony zakradł się tu jak specjalista, wyglądał w tym czarnym stroju i łańcuchach jak bandyta, a z drugiej... z tak wielkim lizakiem i wygolonymi bokami, czarnymi puklami irokeza opadającymi na lewe oko... przypominał trochę przerośnięte dziecko. Prezentował się jak ktoś młodziutki, zagubiony, odkrywający swoją naturę poprzez bunt przeciwko wszystkiemu i wszystkim, ale Crow nastolatkiem to był przynajmniej dekadę temu, o ile nie więcej - ani był dzieciakiem, ani kimś mało zorientowanym w świecie.
Skinął do niej głową, jakby chciał powiedzieć mów, Vior, ale żadne słowa się z niego nie wydobyły. Nic nadzwyczajnego w tym nie było - często wybierał niewerbalne komunikaty, chociaż zwykle był w tym nieco bardziej szorstki niż dzisiaj. Tego dnia w jego wzroku nie odnalazła takiej charakterystycznej obojętności - coś go tknęło, oko mu zabłysło, kiedy mierzył ją spojrzeniem, ale to wcale nie znaczyło, że zamierzał pomóc jej z tym, z czym do niego przyszła.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.