W najgorszym wypadku, w tej naszej bajce, Lodowy Pałac może stopnieć pod wpływem ciepła. Ciepła uczuć, którymi roztaczał sobą Laurent. Otaczał tym ludzi, z którymi przebywał. Niby czarodziej, niby stworzenie. Po połowie w sobie czegoś posiadał. Tych cech. Wymieszanych ze sobą. Uczył tych, którzy wybrali ciemność. Aby ich uwolnić. Wyjąć te lodowe szkiełko z oka, bądź z serca. Oczyścić ich czarne skrzydła, aby lśniły, jaśniały. Zadanie jakie sobie zarzucił, było trudne. Bardzo, trudne. Wręcz niemożliwe. Ale czy na pewno?
Zaskoczył go. Nicholas bywał nieprzewidywalny w swoich słowach i czynach. Nie rzucił Laurentowi słów na wiatr, mówiąc o byciu jego rycerzem. Prewett był tą rozkapryszoną księżniczką. Choć w innym tego słowa znaczeniu. Niby miał co chciał, ale nie do końca. Bowiem miłości od Traversa nie otrzymywał za każdym krokiem. Nicholas mógł go w każdej chwili porzucić. Bo przecież niczego mu nie obiecywał. Niczego mu nie dawał. Może poza jednym.
Tą, wyjątkowością.
Traves wychowany w rodzinie wilkołaków, gdzie jako jeden z nielicznych w tym gronie członków rodziny, nie odziedziczył genu lykantropii, umiał radzić sobie z ryzykiem, wobec zwierząt oraz istot magicznych. Mając także dość częsty kontakt z magicznymi stworzeniami, przez swoje praktyki czy edukację od rodzicielki, był w pewnym stopniu odporny na ich agresję. Umiał sobie z tym radzić. Nie bał się jarczuka, który zaczął warczeć do niego, po tym jak wziął na ręce Laurenta. Nie bał się stanąć twarzą w twarz z Abraksanem Michaelem, który widział w nim ciemność. Nawet zlecona przez Czarnego Pana misja, pozwoliła mu pozbyć się jednego ze swoich zwierzęcych lęków przeszłości.
Pozwolił Laurentowi objąć swoją szyję. Gdy tak przez moment stał z nim na rękach, spojrzał w jego niesamowicie piękne oczy. Swoimi chłodnymi, pełnymi tajemnic. Głębokiej ciemności i samotności. Pełnych sekretów i zimna. Spokojnych i opanowanych. Wręcz przyciągających. Udowodnił mu, że to zrobił. Miał go na swoich rękach. Niczym księżniczkę. Badał jego mimikę twarzy. Wyłapywał reakcję. Tak. Zaufanie. W tym momencie wyskoczyło niespodziewanie.
Laurent marzył o bajce z rycerzami, lecz Ci nie istnieli. A może jednak? A może ten tutaj był jednym z nich? Lecz nie na białym koniu. Jednorożcu. czy Pegazie. Nie w pięknej jasnej w bieli pelerynie. Srebrnej zbroi. Ten rycerz był śmiercią. W czarnej szacie, nosząc maskę. A jego wierzchowcem, co najwyżej mógłby być Testral.
Nicholas podszedł do kanapy i posadził na niej Laurenta. Ten wyciągnął do niego dłoń. Przez moment Travers się zawahał. Ostatecznie, podał ją. Zachęcony został do tego, aby usiąść obok. Zrobił to. Dalsze czyny Prewetta go zaskoczyły. Zdziwiły. Choć Nicholas nie okazał tego po sobie, to jednak tego nie spodziewał się. Laurent przytulił się do jego osoby. Położył głowę na jego torsie. Wsłuchiwał się w bicie jego serca. Zimnego, czarnego, na pewno niezdrowego. Choć żyło. Biło jak każde inne. Opanowane. Spokojne. Nicholas położył jedną z rąk na jego ramieniu. Objął go jedną ręką, druga spoczywała obok. Luźno na kanapie.
- Czyny, często powiedzą więcej, niż słowa.Odpowiedział po chwili, na jego zaniemówienie. Spojrzał w okno, gdzie deszcz się nasilił. Woda z dachu spływała. Milczeli. A natura za oknem, robiła swoje. Zagłuszała ich ciszę. Jego bicie serca.