11.12.2022, 02:24 ✶
Życie bywało przepełnione kontrastami. Śmierć i narodziny obok siebie. Piękno i brzydota. Albo, jak teraz: czekolada, ciepło, sielanka, wszystko, co wskazywało na przytulny azyl, zestawione z tak poważnymi i niepokojącymi rzeczami jak Voldemort czy niebezpieczeństwo.
Powinny teraz rozmawiać raczej o nadchodzącym Yule, o przygotowaniach do świąt, które miały nadejść niespodziewanie szybko, jak to zwykle bywało – w końcu czasem wystarczyło ledwie mrugnąć, żeby odkryć, iż miało się za sobą tydzień, dwa, miesiąc – tak że kwestia określenia, gdzie, kto, z kim. Albo o najnowszych łupach. Książkowych i filmowych, ma się rozumieć; w końcu mugole mieli całkiem niezłą wyobraźnię. I nawet nie zdawali sobie sprawy z tego, jak często znajdowali się blisko prawdy.
Zapach czekolady rozlewał się coraz bardziej po kuchni; Mavelle wróciła do garnuszka, mieszając w nim skrzętnie. W końcu to wszystko musiało się ładnie rozpuścić, wymieszać jak należy; nie mogły pić bezładnej mieszanki mleka i czekolady. Znaczy no, pewnie by i mogły, ale nie byłby to ten smak, którego oczekiwało się po tym konkretnym napoju.
Parsknęła cicho. „Parę sekund dłużej niż mnie”. Być może i tak, tylko że…
- Moja droga, zgodziłam się, zanim zadałaś pytanie. Nie sądzisz, że tym samym pobiłam twój rekord? – spytała lekkim tonem, wręcz żartobliwym – jakże niepasującym do, jakkolwiek by nie patrzeć, poważnej rozmowy, traktującej poniekąd o losach czarodziejskiego świata? Mugolskiego, zapewne, zresztą też. Bo jeśli sobie podporządkuje jeden świat, to dlaczego nie miałby sięgnąć i po drugi?
W każdym razie, w tej sytuacji z perspektywy Mavelle wybór, jaki miała, był wyłącznie iluzoryczny. Nie dołączyć? To oznaczało siedzenie z założonymi rękoma i czekanie, aż sprawa rozwiąże się sama. Wskazówka: nigdy nic się samo nie rozwiązywało, chyba że przychodziła Pani Śmierć i przecinała nici żywota, w ten sposób ucinając pewne sprawy. Ale Riddle nie należał do starych ludzi, czarodzieje mieli zresztą w zwyczaju żyć dość długo, więc o ile nie znajdzie się taki jeden, który postanowi wsadzić mu różdżkę w oko i pchnąć ją dalej, to raczej nie należało liczyć na to, iż natura zrobi swoje.
Znaczy, zrobić zrobi i tak, bo co ma początek, ma i swój kres, ale po prostu… nie tak szybko, jak by sobie życzyła. Niestety.
- Owszem – mruknęła cicho, nachylając się ponownie nad garnuszkiem, zżymając się w duchu, że czekoladzie jeszcze trochę brakowało do pełnego roztopienia się. No przecież… Ale nie tylko to irytowało – konieczność grania zgodnie z zasadami, kiedy to przecież druga strona zdecydowanie nie grała według nich, ograniczała. Aż za bardzo. A przecież należało podjąć stanowcze kroki…
- Szczerze? Założyłabym, że już zaczął. Że już te osoby w Ministerstwie pozyskał. W końcu ten cały jego manifest? Raczej nie wygłosił go pod wpływem impulsu, to musiało być odpowiednio zaplanowane, przygotowane, jak również i następne posunięcia. Chyba że faktycznie jest skończonym idiotą i nie ma przy sobie nikogo z choćby kawałkiem działającego rozumu, ale na to bym nie liczyła – stwierdziła z pewnym przekąsem w głosie. Coś takiego uprościłoby sprawy, niemniej wtedy byłoby najzwyczajniej w świecie o wiele za pięknie.
A życie w takich przypadkach piękne nie bywało; za duży kaliber, żeby liczyć na taki łut szczęścia.
- No już, już, widzisz, zaraz będziesz miała – obiecała, ściągając garnuszek z ognia, żeby zacząć przelewanie do kubków. Brenna faktycznie miała pianki z czekoladą – napchała ich do naczynia tyle, że to się wszystko ledwo mieściło, a i tak kuzynce dostał się największy możliwy kubek w kolekcji Mavelle.
Ciche stuknięcie o blat. Przesunęła czekoladę w stronę kuzynki, samej zajmując miejsce na drugim krześle; objęła swoją dłońmi, nie decydując się na natychmiastowe upicie swego kulinarnego dzieła sztuki.
- No wiesz, jak na tajną organizację byłoby to bardzo niedyskretne – zauważyła z uśmiechem, wyobrażając sobie tę wizję – Ale możesz być pewna, że będziesz miała habit. I będziesz się w nim wdrapywała na drzewo – zrobiła dramatyczną pauzę, po czym uzupełniła – Na papierze, oczywiście.
Powinny teraz rozmawiać raczej o nadchodzącym Yule, o przygotowaniach do świąt, które miały nadejść niespodziewanie szybko, jak to zwykle bywało – w końcu czasem wystarczyło ledwie mrugnąć, żeby odkryć, iż miało się za sobą tydzień, dwa, miesiąc – tak że kwestia określenia, gdzie, kto, z kim. Albo o najnowszych łupach. Książkowych i filmowych, ma się rozumieć; w końcu mugole mieli całkiem niezłą wyobraźnię. I nawet nie zdawali sobie sprawy z tego, jak często znajdowali się blisko prawdy.
Zapach czekolady rozlewał się coraz bardziej po kuchni; Mavelle wróciła do garnuszka, mieszając w nim skrzętnie. W końcu to wszystko musiało się ładnie rozpuścić, wymieszać jak należy; nie mogły pić bezładnej mieszanki mleka i czekolady. Znaczy no, pewnie by i mogły, ale nie byłby to ten smak, którego oczekiwało się po tym konkretnym napoju.
Parsknęła cicho. „Parę sekund dłużej niż mnie”. Być może i tak, tylko że…
- Moja droga, zgodziłam się, zanim zadałaś pytanie. Nie sądzisz, że tym samym pobiłam twój rekord? – spytała lekkim tonem, wręcz żartobliwym – jakże niepasującym do, jakkolwiek by nie patrzeć, poważnej rozmowy, traktującej poniekąd o losach czarodziejskiego świata? Mugolskiego, zapewne, zresztą też. Bo jeśli sobie podporządkuje jeden świat, to dlaczego nie miałby sięgnąć i po drugi?
W każdym razie, w tej sytuacji z perspektywy Mavelle wybór, jaki miała, był wyłącznie iluzoryczny. Nie dołączyć? To oznaczało siedzenie z założonymi rękoma i czekanie, aż sprawa rozwiąże się sama. Wskazówka: nigdy nic się samo nie rozwiązywało, chyba że przychodziła Pani Śmierć i przecinała nici żywota, w ten sposób ucinając pewne sprawy. Ale Riddle nie należał do starych ludzi, czarodzieje mieli zresztą w zwyczaju żyć dość długo, więc o ile nie znajdzie się taki jeden, który postanowi wsadzić mu różdżkę w oko i pchnąć ją dalej, to raczej nie należało liczyć na to, iż natura zrobi swoje.
Znaczy, zrobić zrobi i tak, bo co ma początek, ma i swój kres, ale po prostu… nie tak szybko, jak by sobie życzyła. Niestety.
- Owszem – mruknęła cicho, nachylając się ponownie nad garnuszkiem, zżymając się w duchu, że czekoladzie jeszcze trochę brakowało do pełnego roztopienia się. No przecież… Ale nie tylko to irytowało – konieczność grania zgodnie z zasadami, kiedy to przecież druga strona zdecydowanie nie grała według nich, ograniczała. Aż za bardzo. A przecież należało podjąć stanowcze kroki…
- Szczerze? Założyłabym, że już zaczął. Że już te osoby w Ministerstwie pozyskał. W końcu ten cały jego manifest? Raczej nie wygłosił go pod wpływem impulsu, to musiało być odpowiednio zaplanowane, przygotowane, jak również i następne posunięcia. Chyba że faktycznie jest skończonym idiotą i nie ma przy sobie nikogo z choćby kawałkiem działającego rozumu, ale na to bym nie liczyła – stwierdziła z pewnym przekąsem w głosie. Coś takiego uprościłoby sprawy, niemniej wtedy byłoby najzwyczajniej w świecie o wiele za pięknie.
A życie w takich przypadkach piękne nie bywało; za duży kaliber, żeby liczyć na taki łut szczęścia.
- No już, już, widzisz, zaraz będziesz miała – obiecała, ściągając garnuszek z ognia, żeby zacząć przelewanie do kubków. Brenna faktycznie miała pianki z czekoladą – napchała ich do naczynia tyle, że to się wszystko ledwo mieściło, a i tak kuzynce dostał się największy możliwy kubek w kolekcji Mavelle.
Ciche stuknięcie o blat. Przesunęła czekoladę w stronę kuzynki, samej zajmując miejsce na drugim krześle; objęła swoją dłońmi, nie decydując się na natychmiastowe upicie swego kulinarnego dzieła sztuki.
- No wiesz, jak na tajną organizację byłoby to bardzo niedyskretne – zauważyła z uśmiechem, wyobrażając sobie tę wizję – Ale możesz być pewna, że będziesz miała habit. I będziesz się w nim wdrapywała na drzewo – zrobiła dramatyczną pauzę, po czym uzupełniła – Na papierze, oczywiście.
621/1605