08.03.2024, 22:52 ✶
Próbowałem przyswoić, co właśnie miało miejsce. Lawrence wpatrywał się we mnie przerażony...? zaskoczony...? Może coś pomiędzy. Może myślał, że dotychczas był człowiekiem-incognito? A może tak naprawdę, to nie był osobą, którą myślałem, że jest, więc pewnie teraz się zastanawiał, w który głaz się tak mocno uderzyłem, że majaczyłem...? A może po prostu wyglądałem jak trup, bo przecież mało co nim nie zostałem? Byłem cały mokry, śmierdzący zapewne i blady. Utopiec? Coś w ten deseń.
Albo to te faux pas związane z jego imieniem. Zapewne uznał to za wysoce nieeleganckie, że przeinaczyłem jego imię. Prewetci mieli chyba obsesję na punkcie czystości krwi i swojego bogatego pochodzenia, więc może właśnie zrzuciłem koronę z jego głowy? Hmmm? Nie chciałem jej, ups, przydeptać. Samo tak wyszło.
Spojrzałem po dłuższej chwili w dół, ale nie na zadeptaną w piach nieistniejącą koronę, ale na dłoń Laurenta. Na moim ramieniu. Powstrzymywał mnie. Martwił się o mnie, Faktycznie mało co nie utonąłem. Dałem się otulić i ponieść falom. Przegrałem z nimi walkę, z góry skazaną na porażkę, a jednak tam wszedłem, wiedziony tym zdradzieckim śpiewem. I to chyba to coś, co mi nie dawało tak do końca spokoju..., siedząc mi z tyłu głowy, brzęcząc niewyraźnie, ale dosadnie. Alarm wzrósł, kiedy czułem jego dotyk, bliskość. Z jednej strony dodającą otuchy, z drugiej wzywającej na alarm. NATYCHMIASTOWY ALARM, panie Yaxley.
A jednak... ciężko było oddychać po tej kąpieli, a jeszcze ciężej było łączyć fakty. Jeszcze. Wysuszenie mojego ciała i tego zdawkowego odzienia, które miałem na sobie, nieco pomogło zbierać myśli... i przy okazji dodawać odrobiny kultury do tej dziwnej rozmowy.
- Nie zamierzałem się zabić - przerwałem mu te jęki. Krótko i na temat. - Jestem Yaxley... Astaroth. Możesz mnie nie pamiętać, bo byłem małym szkrabem, ale ja cię pamiętam ze szkoły. Wiem już, czemu cię zapamiętałem. Jesteś selkie. Jedno z was zaciągnęło mnie chwilę temu do wody. Manipulacją. Śpiewem. Wiesz, która to była i gdzie ją znajdę...? Bo to chyba nie ty topisz wieśniaków w morzu? - mówiłem całkiem przyjaźnie, póki moje alerty w końcu nie zostały wysłuchane przez mój rozsądek. To była specjalna umiejętność naszego rodu. Szósty zmysł. Ostrzegał mnie, że Laurent nie jest taką szarą myszą ani nawet białą myszą, tylko niebezpieczną istotą.
Właśnie dlatego moja dłoń wystrzeliła w kierunku jego ramienia i nie była tak delikatna jak wcześniej jego własna. Byłem łowcą. Nie mogłem dawać się mamić dobrymi słówkami takich osób jak on. Przysunąłem się go bliżej i choć nie miałem broni, a on miał różdżkę, to jakoś się nie bałem. Ba!, młodzieńcza buta dolewała oliwy do ognia. A nieco wyższy wzrost jedynie wszystko podsycał, tę niezwyciężoność w mojej krwi.
- Co tu robisz? To niezbyt przyjemne warunki do plażowania - zauważyłem. Nie było mi do śmiechu i jakoś pamięć o uratowanym życiu chwilowo wyparowała. Wręcz domagałem się odpowiedzi.
Albo to te faux pas związane z jego imieniem. Zapewne uznał to za wysoce nieeleganckie, że przeinaczyłem jego imię. Prewetci mieli chyba obsesję na punkcie czystości krwi i swojego bogatego pochodzenia, więc może właśnie zrzuciłem koronę z jego głowy? Hmmm? Nie chciałem jej, ups, przydeptać. Samo tak wyszło.
Spojrzałem po dłuższej chwili w dół, ale nie na zadeptaną w piach nieistniejącą koronę, ale na dłoń Laurenta. Na moim ramieniu. Powstrzymywał mnie. Martwił się o mnie, Faktycznie mało co nie utonąłem. Dałem się otulić i ponieść falom. Przegrałem z nimi walkę, z góry skazaną na porażkę, a jednak tam wszedłem, wiedziony tym zdradzieckim śpiewem. I to chyba to coś, co mi nie dawało tak do końca spokoju..., siedząc mi z tyłu głowy, brzęcząc niewyraźnie, ale dosadnie. Alarm wzrósł, kiedy czułem jego dotyk, bliskość. Z jednej strony dodającą otuchy, z drugiej wzywającej na alarm. NATYCHMIASTOWY ALARM, panie Yaxley.
A jednak... ciężko było oddychać po tej kąpieli, a jeszcze ciężej było łączyć fakty. Jeszcze. Wysuszenie mojego ciała i tego zdawkowego odzienia, które miałem na sobie, nieco pomogło zbierać myśli... i przy okazji dodawać odrobiny kultury do tej dziwnej rozmowy.
- Nie zamierzałem się zabić - przerwałem mu te jęki. Krótko i na temat. - Jestem Yaxley... Astaroth. Możesz mnie nie pamiętać, bo byłem małym szkrabem, ale ja cię pamiętam ze szkoły. Wiem już, czemu cię zapamiętałem. Jesteś selkie. Jedno z was zaciągnęło mnie chwilę temu do wody. Manipulacją. Śpiewem. Wiesz, która to była i gdzie ją znajdę...? Bo to chyba nie ty topisz wieśniaków w morzu? - mówiłem całkiem przyjaźnie, póki moje alerty w końcu nie zostały wysłuchane przez mój rozsądek. To była specjalna umiejętność naszego rodu. Szósty zmysł. Ostrzegał mnie, że Laurent nie jest taką szarą myszą ani nawet białą myszą, tylko niebezpieczną istotą.
Właśnie dlatego moja dłoń wystrzeliła w kierunku jego ramienia i nie była tak delikatna jak wcześniej jego własna. Byłem łowcą. Nie mogłem dawać się mamić dobrymi słówkami takich osób jak on. Przysunąłem się go bliżej i choć nie miałem broni, a on miał różdżkę, to jakoś się nie bałem. Ba!, młodzieńcza buta dolewała oliwy do ognia. A nieco wyższy wzrost jedynie wszystko podsycał, tę niezwyciężoność w mojej krwi.
- Co tu robisz? To niezbyt przyjemne warunki do plażowania - zauważyłem. Nie było mi do śmiechu i jakoś pamięć o uratowanym życiu chwilowo wyparowała. Wręcz domagałem się odpowiedzi.