08.03.2024, 23:17 ✶
Jeszcze jeden oddech, jeszcze jedno westchnienie.
I naprawdę stał przed nią Crow. To było wręcz komiczne, jak po potarciu twarzy dłońmi diametralnie zmienił się jego wyraz twarzy, jak zgarbiona postura sprzed chwili zdawała się być czymś kompletnie do niego niepasującym. Kolesiowi albo przy narodzinach rozszczepiła się dusza, albo miał jakieś rozdwojenie jaźni, ewentualnie coś naprawdę zbliżonego rozdwojeniu jaźni, bo wystarczyło podźgać go kijem, aby nawet z tą burzą loków i w tym stroju klauna naprawdę wyglądał teraz jak przydupas Fontaine, a nie (jak mówiły plakaty przed wejściem) niesamowity The Edge.
- Nie wkurwiaj mnie - nie zająknął się tym razem, jakby wraz z nabranym przy tym westchnieniu powietrzem nabrał przy okazji sporej dawki ekstrawertyzmu. Bo Crow zawsze był ekstrawertykiem, Crow ciął słowami i nie bał się niczego, Crow potrafił mówić - był jego tarczą, przeciwieństwem tego kim był młody i zagubiony Fleamont, kimś silniejszym niż wiecznie rozkojarzony i bujający w obłokach Flynn Bell. - Jesteś Changiem i nie wiesz, kto mógłby po mnie posłać? - Zabrzmiał na rozdrażnionego, nawet głos mu trochę zachrypiał, ale to już nie była niepewność, a zmęczenie. Można mu jednak było darować uszczypliwość - to przedstawienie, chociaż doprawione magią, wymagało od niego nieludzkich wręcz umiejętności i wcale nie dziwiło, że chciał po czymś takim umyć się i leżeć do góry brzuchem aż nie zaśnie. No, w jego przypadku - zamierzał uśpić się dosyć szybko goniąc smoka w wozie zarządcy cyrku, ale to były już tylko detale. - Mówisz to tak, jakby te - szmaty, chciał powiedzieć z rozpędu, ale nie od wczoraj był częścią Ścieżek i dobrze wiedział, że za takie teksty zajebałaby mu w pysk - ...jakby nigdy nie współpracowały. - Powstrzymał się niby, ale wszystko sugerowało, że chciał tam wpleść wulgaryzm prosto z rynsztoka, w jakim się wychował.
Jeszcze raz w obrzydliwy sposób splunął na chodnik.
- Smacznego. - Nie wziął od niej nic. - Nie używaj tej twarzy, jeżeli nie chcesz, żeby poprawiła to, czego ja nie zrobiłem lata temu. - Dziś nie miał już wątpliwości, że dla jego byłej ukochanej (a może obecnej, tylko nie popierdoliło go na tyle, aby nie uważać jej za zakazaną strefę) życie ludzkie nie znaczyło już absolutnie nic i zabiłaby kogoś takiego już nawet nie dla czystej satysfakcji, potrzeby załatwienia dawnych spraw, ochrony wrażliwych informacji... Ona... Zabiłaby ją dla samego zabijania, a później wysłała mu pełen goryczy list.
I naprawdę stał przed nią Crow. To było wręcz komiczne, jak po potarciu twarzy dłońmi diametralnie zmienił się jego wyraz twarzy, jak zgarbiona postura sprzed chwili zdawała się być czymś kompletnie do niego niepasującym. Kolesiowi albo przy narodzinach rozszczepiła się dusza, albo miał jakieś rozdwojenie jaźni, ewentualnie coś naprawdę zbliżonego rozdwojeniu jaźni, bo wystarczyło podźgać go kijem, aby nawet z tą burzą loków i w tym stroju klauna naprawdę wyglądał teraz jak przydupas Fontaine, a nie (jak mówiły plakaty przed wejściem) niesamowity The Edge.
- Nie wkurwiaj mnie - nie zająknął się tym razem, jakby wraz z nabranym przy tym westchnieniu powietrzem nabrał przy okazji sporej dawki ekstrawertyzmu. Bo Crow zawsze był ekstrawertykiem, Crow ciął słowami i nie bał się niczego, Crow potrafił mówić - był jego tarczą, przeciwieństwem tego kim był młody i zagubiony Fleamont, kimś silniejszym niż wiecznie rozkojarzony i bujający w obłokach Flynn Bell. - Jesteś Changiem i nie wiesz, kto mógłby po mnie posłać? - Zabrzmiał na rozdrażnionego, nawet głos mu trochę zachrypiał, ale to już nie była niepewność, a zmęczenie. Można mu jednak było darować uszczypliwość - to przedstawienie, chociaż doprawione magią, wymagało od niego nieludzkich wręcz umiejętności i wcale nie dziwiło, że chciał po czymś takim umyć się i leżeć do góry brzuchem aż nie zaśnie. No, w jego przypadku - zamierzał uśpić się dosyć szybko goniąc smoka w wozie zarządcy cyrku, ale to były już tylko detale. - Mówisz to tak, jakby te - szmaty, chciał powiedzieć z rozpędu, ale nie od wczoraj był częścią Ścieżek i dobrze wiedział, że za takie teksty zajebałaby mu w pysk - ...jakby nigdy nie współpracowały. - Powstrzymał się niby, ale wszystko sugerowało, że chciał tam wpleść wulgaryzm prosto z rynsztoka, w jakim się wychował.
Jeszcze raz w obrzydliwy sposób splunął na chodnik.
- Smacznego. - Nie wziął od niej nic. - Nie używaj tej twarzy, jeżeli nie chcesz, żeby poprawiła to, czego ja nie zrobiłem lata temu. - Dziś nie miał już wątpliwości, że dla jego byłej ukochanej (a może obecnej, tylko nie popierdoliło go na tyle, aby nie uważać jej za zakazaną strefę) życie ludzkie nie znaczyło już absolutnie nic i zabiłaby kogoś takiego już nawet nie dla czystej satysfakcji, potrzeby załatwienia dawnych spraw, ochrony wrażliwych informacji... Ona... Zabiłaby ją dla samego zabijania, a później wysłała mu pełen goryczy list.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.