09.03.2024, 11:34 ✶
„Tak” to była najbardziej oczywista odpowiedź na zadane mu pytanie, nawet jeżeli było to... uch, podsiane tak grubą nicią hipokryzji, że aż kichnął. Nie zasłonił przy tym ust, bo musiałby albo zabrać rękę z kierownicy, albo z jego uda, więc wykręcił się tylko dziwacznie i wrócił do wpatrywania się w drogę, niemo akceptując, że za cholerę nie wiedział, o co mu chodziło. Spróbowałby cofnąć się kilka zdań wstecz, żeby wykryć, w jaki sposób w ogóle do tego doszli, ale było naprawdę cholernie ciemno, a on miał problemy ze wzrokiem i bardziej niż na spójnej rozmowie zaczynało zależeć mu na tym, żeby tę pełną wrażeń i krów podróż jednak przeżyli.
Na to, że czarny kot miał być talizmanem szczęścia, Flynn uśmiechnął się szerzej. Na pewno nie czytał tej książki.
- Są koty z takimi białymi skarpetkami i krawatem - zauważył, ale wcale nie do tego dążył. - Jak mam wybrać czym bym był - powiedział nagle, wlepiając wzrok w mijany znak drogowy, co zmusiło go do zamilknięcia na kilka sekund, żeby przepuścić przez ciasny łeb dodatkowe informacje - to zostaję przy człowieku, bo gdybym stał się drzewem, to w łóżku byłoby naprawdę niezręcznie. - Ale gdyby miał wybrać pod przymusem, to faktycznie wybrałby drzewo - drzewo, pod którym można było zdechnąć, a które później pobierałoby cię z gruntu razem z wodą i rosło silniejsze twoim kosztem - bo w taki okropny sposób się postrzegał.
Na moment przerzucił spojrzenie na niego, później znów na drogę. Tak naprawdę to nie istniał żaden powód, który sugerowałby, że musiał przed Cainem cokolwiek ukrywać. W szczególności treść książki dostępnej w większości znanych mu bibliotek.
- To opowieść o facecie, który jest dobrym mężem, miłośnikiem zwierząt, kimś delikatnym i opiekuńczym - nie pamiętał już dokładnie, ale fakt - sam te zwierzęta do domu sprowadzał - co nagle staje się potworem widzącym w tym czarnym kocie wroga. Są sobie bardzo, bardzo bliscy i spędzają razem duużo czasu, a później... Później coraz więcej pije, atakuje go, wyłupuje mu oko nożem. Niby żałuje, ale ostatecznie kilka dni później wiesza go na drzewie w ogrodzie. Uważa, że ten kot rzucił na niego jakąś złośliwą klątwę, bo następnej nocy płonie jego dom. Jest przekonany, że ten kot wraca do niego pod nową postacią, żeby wyrządzić mu szkodę i doprowadza do tego, że próbując zabić jego, zabija siekierą swoją żonę. - Przygryzł na moment wargę. - A na końcu wydaje mu się, że przechytrzył milicję, ukrywając jej zwłoki w murach piwnicy, ale swoją pychą doprowadza do tego, że funkcjonariusze nie opuszczają jego włości i słyszą takie przeraźliwe miauknięcie. Decydują się na rozwalenie ściany, w której zamurował ją i przypadkiem - tego kota. Ale on już nie dostrzega w tym makabry, jakiej się dopuścił, tylko jest zawiedziony, że zamurował potwora w mogilnej wnęce.
Mówił to tak powoli i ostrożnie, jakby dostrzegał w tym coś więcej niż straszną opowieść o upadku szaleńca, ale nie skomentował tego w żaden sposób i dopiero kiedy zamilknął zaczął to w ogóle analizować. Żałował, że w ogóle podjął się tematu - nie przez potrzebę ukrycia czegoś przed Bletchleyem - on sam nie chciał tego słyszeć. Nie chciał sobie tego przypominać, sam siebie doprowadził do przejścia po jego plecach zimnego dreszczu, jakby Poe mu te dziesiątki lat temu napisał jakąś złą wróżbę.
- Nie - pokręcił głową, odganiając wyobrażenie siebie z jedzeniem z tej sceny. - Jeżeli mnie kiedyś zobaczysz w fartuszku, to na patelni nie będzie jajecznicy, tylko węgiel. - Brzmiało to jak żart i faktycznie miało go rozbawić, ale to nie był tylko i wyłącznie dowcip - kryła się w nim smutna prawda o komicznej niezdolności do nawet odgrzania sobie czegoś bez rujnowania tego w jakiś sposób - jeżeli komuś pierogi miały przywrzeć do dna, do którego teoretycznie nie powinno przywrzeć nic, to był to właśnie Flynn. Pokręcił głową jeszcze raz. - Nie - powiedział znów, wpatrując się w niego, nie rozumiał, bo - kto by się przejmował samochodem, gdyby coś się wydarzyło? - Jeszcze raz rzucił spojrzeniem na jego twarz, na to jak machał rękoma i chociaż w ogóle nie dostrzegał sedna problemu, to rzucił na to auto zaklęcie, które podniosło je na kilka centymetrów do góry, obróciło w drugą stronę i odstawiło w to samo miejsce. No bo brak zrozumienia nie znaczył wcale, że nie mógł tego zaakceptować i spełnić jego oczekiwań. - Proszę - rzucił, pocałował go w policzek i naparł na drzwi, otwierając je wraz z głośnym piskiem zawiasów. Dopiero słysząc to, dotarło do niego, od jak dawna nie odwiedził tego miejsca - bo sam takie rzeczy naprawiał wręcz instynktownie.
To nie było jedyne zaklęcie translokacyjne, jakie rzucił w ciągu kilku następnych minut. Po tym jak zapalił światło, od razu zamknął znajdujące się w pomieszczeniu okna, a kiedy tylko Cain wszedł do środka, zamknął za nim drzwi.
- I co myślisz? - Przeszedł się kilka kroków tyłem do wnętrza, przodem do Bletchleya, rozprostowując ręce jak strach na wróble, prezentując mu to tak, jakby zaprosił go na wypoczynek w naprawdę drogim hotelu. W rzeczywistości nie dało się tego miejsca do takiego drogiego hotelu przyrównać - to było sporych rozmiarów pomieszczenie łączące salon i kuchnię, pełne sofek i foteli, stołów, szaf i półek. Półek zastawionych książkami, filmami i grami planszowymi, pewnie na wypadek, gdyby wczasowiczów zaskoczyła nieszczególnie dobra pogoda. Faktycznie znajdował się tutaj mugolski telewizor, ale czy była szansa, że na takim zadupiu odbierał jakikolwiek kanał... cóż, trzeba było bardzo mocno wierzyć, pokręcić anteną... Duże, kręcone, drewniane schody. Dwie pary drzwi prowadzących do dodatkowych pokoi. Mogłaby przyjechać tutaj cała, wielka rodzina, ale ich była tylko dwójka. Kiedy żadne z nich się nie odzywało, wokół panowała absolutna cisza. To było jedno z tych miejsc, w których leżąc przy zgaszonym świetle, nie widziałeś własnej ręki uniesionej przed twarzą, ale jeżeli wyjrzałeś za okno, dostrzegałeś coś, czego nie dało się dostrzec w dużym mieście - morze gwiazd, ofiarowane w zamian za brak ulicznych latarni.
Przysiadł na oparciu kanapy, uśmiechając się dziwacznie. Dobrze wiedział, że to była kompletna nuda - równie dobrze mogli siedzieć teraz w jego mieszkaniu, a rano teleportować się nad ocean. Bo przecież dla czarodziejów wszystko było takie... proste. Wyprane z przyziemności, która przypominała mu, że był człowiekiem.
Na to, że czarny kot miał być talizmanem szczęścia, Flynn uśmiechnął się szerzej. Na pewno nie czytał tej książki.
- Są koty z takimi białymi skarpetkami i krawatem - zauważył, ale wcale nie do tego dążył. - Jak mam wybrać czym bym był - powiedział nagle, wlepiając wzrok w mijany znak drogowy, co zmusiło go do zamilknięcia na kilka sekund, żeby przepuścić przez ciasny łeb dodatkowe informacje - to zostaję przy człowieku, bo gdybym stał się drzewem, to w łóżku byłoby naprawdę niezręcznie. - Ale gdyby miał wybrać pod przymusem, to faktycznie wybrałby drzewo - drzewo, pod którym można było zdechnąć, a które później pobierałoby cię z gruntu razem z wodą i rosło silniejsze twoim kosztem - bo w taki okropny sposób się postrzegał.
Na moment przerzucił spojrzenie na niego, później znów na drogę. Tak naprawdę to nie istniał żaden powód, który sugerowałby, że musiał przed Cainem cokolwiek ukrywać. W szczególności treść książki dostępnej w większości znanych mu bibliotek.
- To opowieść o facecie, który jest dobrym mężem, miłośnikiem zwierząt, kimś delikatnym i opiekuńczym - nie pamiętał już dokładnie, ale fakt - sam te zwierzęta do domu sprowadzał - co nagle staje się potworem widzącym w tym czarnym kocie wroga. Są sobie bardzo, bardzo bliscy i spędzają razem duużo czasu, a później... Później coraz więcej pije, atakuje go, wyłupuje mu oko nożem. Niby żałuje, ale ostatecznie kilka dni później wiesza go na drzewie w ogrodzie. Uważa, że ten kot rzucił na niego jakąś złośliwą klątwę, bo następnej nocy płonie jego dom. Jest przekonany, że ten kot wraca do niego pod nową postacią, żeby wyrządzić mu szkodę i doprowadza do tego, że próbując zabić jego, zabija siekierą swoją żonę. - Przygryzł na moment wargę. - A na końcu wydaje mu się, że przechytrzył milicję, ukrywając jej zwłoki w murach piwnicy, ale swoją pychą doprowadza do tego, że funkcjonariusze nie opuszczają jego włości i słyszą takie przeraźliwe miauknięcie. Decydują się na rozwalenie ściany, w której zamurował ją i przypadkiem - tego kota. Ale on już nie dostrzega w tym makabry, jakiej się dopuścił, tylko jest zawiedziony, że zamurował potwora w mogilnej wnęce.
Mówił to tak powoli i ostrożnie, jakby dostrzegał w tym coś więcej niż straszną opowieść o upadku szaleńca, ale nie skomentował tego w żaden sposób i dopiero kiedy zamilknął zaczął to w ogóle analizować. Żałował, że w ogóle podjął się tematu - nie przez potrzebę ukrycia czegoś przed Bletchleyem - on sam nie chciał tego słyszeć. Nie chciał sobie tego przypominać, sam siebie doprowadził do przejścia po jego plecach zimnego dreszczu, jakby Poe mu te dziesiątki lat temu napisał jakąś złą wróżbę.
- - -
- Nie - pokręcił głową, odganiając wyobrażenie siebie z jedzeniem z tej sceny. - Jeżeli mnie kiedyś zobaczysz w fartuszku, to na patelni nie będzie jajecznicy, tylko węgiel. - Brzmiało to jak żart i faktycznie miało go rozbawić, ale to nie był tylko i wyłącznie dowcip - kryła się w nim smutna prawda o komicznej niezdolności do nawet odgrzania sobie czegoś bez rujnowania tego w jakiś sposób - jeżeli komuś pierogi miały przywrzeć do dna, do którego teoretycznie nie powinno przywrzeć nic, to był to właśnie Flynn. Pokręcił głową jeszcze raz. - Nie - powiedział znów, wpatrując się w niego, nie rozumiał, bo - kto by się przejmował samochodem, gdyby coś się wydarzyło? - Jeszcze raz rzucił spojrzeniem na jego twarz, na to jak machał rękoma i chociaż w ogóle nie dostrzegał sedna problemu, to rzucił na to auto zaklęcie, które podniosło je na kilka centymetrów do góry, obróciło w drugą stronę i odstawiło w to samo miejsce. No bo brak zrozumienia nie znaczył wcale, że nie mógł tego zaakceptować i spełnić jego oczekiwań. - Proszę - rzucił, pocałował go w policzek i naparł na drzwi, otwierając je wraz z głośnym piskiem zawiasów. Dopiero słysząc to, dotarło do niego, od jak dawna nie odwiedził tego miejsca - bo sam takie rzeczy naprawiał wręcz instynktownie.
To nie było jedyne zaklęcie translokacyjne, jakie rzucił w ciągu kilku następnych minut. Po tym jak zapalił światło, od razu zamknął znajdujące się w pomieszczeniu okna, a kiedy tylko Cain wszedł do środka, zamknął za nim drzwi.
- I co myślisz? - Przeszedł się kilka kroków tyłem do wnętrza, przodem do Bletchleya, rozprostowując ręce jak strach na wróble, prezentując mu to tak, jakby zaprosił go na wypoczynek w naprawdę drogim hotelu. W rzeczywistości nie dało się tego miejsca do takiego drogiego hotelu przyrównać - to było sporych rozmiarów pomieszczenie łączące salon i kuchnię, pełne sofek i foteli, stołów, szaf i półek. Półek zastawionych książkami, filmami i grami planszowymi, pewnie na wypadek, gdyby wczasowiczów zaskoczyła nieszczególnie dobra pogoda. Faktycznie znajdował się tutaj mugolski telewizor, ale czy była szansa, że na takim zadupiu odbierał jakikolwiek kanał... cóż, trzeba było bardzo mocno wierzyć, pokręcić anteną... Duże, kręcone, drewniane schody. Dwie pary drzwi prowadzących do dodatkowych pokoi. Mogłaby przyjechać tutaj cała, wielka rodzina, ale ich była tylko dwójka. Kiedy żadne z nich się nie odzywało, wokół panowała absolutna cisza. To było jedno z tych miejsc, w których leżąc przy zgaszonym świetle, nie widziałeś własnej ręki uniesionej przed twarzą, ale jeżeli wyjrzałeś za okno, dostrzegałeś coś, czego nie dało się dostrzec w dużym mieście - morze gwiazd, ofiarowane w zamian za brak ulicznych latarni.
Przysiadł na oparciu kanapy, uśmiechając się dziwacznie. Dobrze wiedział, że to była kompletna nuda - równie dobrze mogli siedzieć teraz w jego mieszkaniu, a rano teleportować się nad ocean. Bo przecież dla czarodziejów wszystko było takie... proste. Wyprane z przyziemności, która przypominała mu, że był człowiekiem.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.