Moje myśli krążyły wokół "biznesu cydrowego". Wielkie plany tego typu na ogół nie kończyły się nawet na jednej butelce — znałam to dobrze od siebie ze wsi. Aczkolwiek mnogość jabłek w tym sezonie aż wymuszał działanie. Jestem więc dobrej myśli, że uda nam się wyprodukować chociaż cydru na własny użytek. To jeden z nielicznych alkoholi, który mi smakuje. Delikatny i jak oranżada. Za dużo produkować też byśmy nie mogli, bo to niebezpieczne dla Lysandra. Zdążyłam zauważyć, że chyba ma pewien problem.
Jednego sekretu bym nie potrafiła wymyślić, a on chce teraz, żebym wymyśliła kilka w zależności od tego, jak podoła zadaniu? Tragicznie. Będę musiała chyba je stworzyć do tego czasu.
— W ogóle. Nawet nie znam angielskich nazw tylu, co polskich — przyznałam. — To co, zamiast sekretu będę musiała się ich nauczyć?
— Oh, nawet nie za nisko, ale wystarczy, że nie trzymam różdżki prostopadle i już poleci skos. Ale to bez różnicy, przecież to wszystko i tak odrośnie za tydzień.
Nie byłam fanką równych trawników. O wiele bardziej preferowałam skracanie ich za pomocą pożywiających się nimi stworzeń. Były najlepszymi fryzjerami. A nawet moje przypadkowe skosy potrafiły stworzyć ciekawy efekt. Bardzo geometryczno-futurystyczny. I zupełnie nie pasujący do wiejskiego otoczenia.
— Dobrze, pokaż — zgodziłam się i spojrzałam na niego, dopiero wtedy dostrzegając, jak blisko mnie się znalazł. Aż straciłam równowagę i się przekulnęłam z kucek na pupę. — Bardzo chętnie przyjmę wszelkie nauki, bo jak widać nawet w pionie utrzymać się nie umiem...
Roześmiałam się lekko. Na tą chwilę Sam chyba już się przyzwyczaił do kontaktu z nie w pełni pełnosprawną osobą.A tak się starałam.