09.03.2024, 17:31 ✶
Ulysses przekrzywił głowę na bok. Zmrużył oczy, zastanawiając się, jak będzie wyglądała kuchnia, gdyby zamiast – jak sobie to zdążył wyobrazić, brązowych mebli, zastąpić je zielonymi. Nie, chyba jednak wolał by meble pozostały brązowe. Dużo jaśniejsze niż teraz, ale wciąż brązowe. I może trochę mniej ozdobne. Im więcej tkwiło na nich ozdób, tym więcej nieścisłości i nierówności między nimi młody Rookwood wychwytywał i później rozpamiętywał w głowie. Urastały do rangi ogromnego problemu, tak dużego, że niemal dostawał przez to migreny. Meble stanowczo musiały być proste. Bez udziwnień.
- Myślałem, żeby wywalić całą mozaikę ze ścian – zaczął powoli, znowu skupiając uwagę na tych fragmentach porcelanowych płytek, które z lubością uszkodził ich energiczny pies. – Ściany można by było wtedy odmalować na biało. Zielony zostawić tylko ten pasek, który teraz zdobi mozaika.
Pozostawała podłoga. W oczach Ulyssesa, gwałtownie wymagała napraw. Leżące na niej płytki musiały zniknąć, bo jako pierwsze padły ofiarami roznoszonego energią Cavalla. Może powinna być drewniana? Albo wyłożona jakimś bardziej trwałym materiałem niż teraz. Potem, na pewno, zabezpieczona magią przed uszkodzeniami.
- Uparłem się na zielony, bo wydawało mi się, że lubisz ten kolor – przyznał, zerkając na twarz Cathala. – Myślałem o brązowych meblach, białych ścianach i zielonych dodatkach. – W głowie Rookwooda to było takie proste: trzy kolory, żadnych dodatkowych rozpraszaczy jego uwagi. – Ale jeśli wolałbyś inną kolorystykę to powiedz.
Ulysses odstawił filiżankę z herbatą na spodeczek. Tak naprawdę, czuł się bardzo dziwnie w domu Shafiqa. Z jednej strony, miał tutaj ulubioną ciszę i spokój. Z drugiej, tkwiło w nim przekonanie, że był zdrajcą, że zostawił ojca samego w wielkim domu (i na nic zdawały się całkiem logiczne fakty, że przecież razem z Chesterem pozostał Augustus, Imogen, trójka ich dzieci). Z trzeciej, było coś obezwładniającego w świadomości, że teraz odpowiadał sam za swój los i nie musiał nikomu wyjaśniać ani powodu swojego wyjścia z domu, ani godziny powrotu. Z czwartej… był jednak w domu Cathala i chociaż Cathal nigdy, w najmniejszym stopniu nawet, nie zasugerował mu, że jest tutaj tylko gościem, to ciągle czuł się tylko gościem. I remont mógł to zmienić.
Jego usta zadrgały, jakby z trudem powstrzymywał się przed uśmiechnięciem.
- Możemy je oddać twoim wężom w ruinach ogrodu Gauntów – zauważył i znowu głos mu trochę zadrżał, jakby naprawdę był rozbawiony. – Węże przecież zjadają króliki. – Tych gipsowych raczej nie zjedzą, ale mogłyby się owinąć dookoła i dusić je na tyle mocno, aż wreszcie popękałyby.
Ulysses trochę unikał trochę mówienia o matce Cathala. I nie dlatego, żeby kobieta, za swojego życia, zrobiła mu jakąś krzywdę – bo nie zrobiła żadnej. Unikał, bo wiedział jak skończyła i jakoś odruchowo próbował odsunąć widmo jej śmierci od jedynego człowieka, z którym był naprawdę blisko.
- Wolałbyś pierścionek z oczkiem czy bez? – zapytał niespodziewanie.
- Myślałem, żeby wywalić całą mozaikę ze ścian – zaczął powoli, znowu skupiając uwagę na tych fragmentach porcelanowych płytek, które z lubością uszkodził ich energiczny pies. – Ściany można by było wtedy odmalować na biało. Zielony zostawić tylko ten pasek, który teraz zdobi mozaika.
Pozostawała podłoga. W oczach Ulyssesa, gwałtownie wymagała napraw. Leżące na niej płytki musiały zniknąć, bo jako pierwsze padły ofiarami roznoszonego energią Cavalla. Może powinna być drewniana? Albo wyłożona jakimś bardziej trwałym materiałem niż teraz. Potem, na pewno, zabezpieczona magią przed uszkodzeniami.
- Uparłem się na zielony, bo wydawało mi się, że lubisz ten kolor – przyznał, zerkając na twarz Cathala. – Myślałem o brązowych meblach, białych ścianach i zielonych dodatkach. – W głowie Rookwooda to było takie proste: trzy kolory, żadnych dodatkowych rozpraszaczy jego uwagi. – Ale jeśli wolałbyś inną kolorystykę to powiedz.
Ulysses odstawił filiżankę z herbatą na spodeczek. Tak naprawdę, czuł się bardzo dziwnie w domu Shafiqa. Z jednej strony, miał tutaj ulubioną ciszę i spokój. Z drugiej, tkwiło w nim przekonanie, że był zdrajcą, że zostawił ojca samego w wielkim domu (i na nic zdawały się całkiem logiczne fakty, że przecież razem z Chesterem pozostał Augustus, Imogen, trójka ich dzieci). Z trzeciej, było coś obezwładniającego w świadomości, że teraz odpowiadał sam za swój los i nie musiał nikomu wyjaśniać ani powodu swojego wyjścia z domu, ani godziny powrotu. Z czwartej… był jednak w domu Cathala i chociaż Cathal nigdy, w najmniejszym stopniu nawet, nie zasugerował mu, że jest tutaj tylko gościem, to ciągle czuł się tylko gościem. I remont mógł to zmienić.
Jego usta zadrgały, jakby z trudem powstrzymywał się przed uśmiechnięciem.
- Możemy je oddać twoim wężom w ruinach ogrodu Gauntów – zauważył i znowu głos mu trochę zadrżał, jakby naprawdę był rozbawiony. – Węże przecież zjadają króliki. – Tych gipsowych raczej nie zjedzą, ale mogłyby się owinąć dookoła i dusić je na tyle mocno, aż wreszcie popękałyby.
Ulysses trochę unikał trochę mówienia o matce Cathala. I nie dlatego, żeby kobieta, za swojego życia, zrobiła mu jakąś krzywdę – bo nie zrobiła żadnej. Unikał, bo wiedział jak skończyła i jakoś odruchowo próbował odsunąć widmo jej śmierci od jedynego człowieka, z którym był naprawdę blisko.
- Wolałbyś pierścionek z oczkiem czy bez? – zapytał niespodziewanie.